środa, 29 lipca 2015

Rozdział 9 ~ Moony

Opowiadanie 1. "Lucy Fox w świecie magii"Autor - Moony
Korekta - Moony
Rozdział 9. "Goście w Hogwarcie. Uratowani!"

JOSH I SYRIUSZ

- Nie hałasuj tak, próbuję myśleć – Josh skarcił przyjaciela. Przez okna piwnicy wpadało blade światło księżyca.
- Zamiast marudzić pomóż mi rozwiązać węzły… - Syriusz zaczął się wiercić. - Dasz radę sięgnąć do paska moich spodni?
- To pomoże? - Josh złapał skórzany pasek.
- Pociągnij w prawo – zrobił, jak kazał. - Masz klamrę? - zapytał Syriusz, gdy przyjaciel mocował się z paskiem. Josh mruknął coś niezrozumiale, miało to chyba znaczyć, że ma. - Rozepnij. Mam tam schowek, a w nim nóż… Chyba, że to nie ten pasek…
- Mądre, szkoda, że wcześniej o tym nie pomyślałeś… - chwilę szukał noża, nie było to proste, był zdany tylko na wyczucie. - Coś mam… Auć, tak, to nóż.
- Tnij sznur! Szubko!
- Zamknij się! Mogą usłyszeć.
Kiedy udało mu się uwolnić siebie i przyjaciela, zaczęli się zastanawiać, jak mają uciec niezauważeni.
- Po ogrodzie chodzi kilka nóg – zauważył Syriusz, gdy ostrożnie wyjrzał przez małe okienko.
- Pilnują, żeby nikt nie wszedł ani nie wyszedł… - odpowiedział Josh schodząc ze schodów. - U góry chyba nikogo nie ma. W każdym razie nic nie słychać.
- Może spróbować otworzyć drzwi Alohomorą? - dopiero, kiedy Łapa to powiedział, zauważył, że było głupie. Śmierciożercy zabrali im różdżki. - Przynajmniej, przez chwilę, miałem pomysł – wzruszył ramionami. Chwilę szukali czegoś do wyważenia drzwi, ale nic nie nadawało się do tego zadania. Syriusz wyjrzał przez okno, nic się nie zmieniło, tylko księżyc zmienił swoją pozycję. Włożył ręce do kieszeni, w prawej coś go uwierało. Wyciągnął z niej kawałek szkła i o mało nie krzyknął z radości. Josh zaglądnął mu przez ramię.
- Co to?
- To mój drogi, jest kawałek szkła, który służy do komunikowania się z osobą, która ma takie samo lusterko – wytłumaczył przyjacielowi Łapa.
- I jak ono ma nam pomóc?
- Patrz i się ucz… Rogaś! - za ten wrzask dostał od Josha po głowie. - Ała… Spoko, koleś.

LUCY

Kiedy w pokoju rozległ się wrzask, wszyscy podskoczyliśmy. James spojrzał na lusterko, które cały wieczór obracał w dłoni.
- Łapa! Ty żyjesz! - ucieszył się. Ściągnął z kolan Lily i usiadł na dywanie, przed kominkiem. Popatrzyliśmy na kawałek szkła i zobaczyliśmy ciemny zarys twarzy Syriusza. Zainteresował się też Peter, który cały wieczór spacerował za kanapą. - Nic wam nie jest?
Oprócz bólu głowy, który zafundował mi właśnie Josh jest ok – zaśmiał się Łapa.
Nikt nie słyszał, twojego ryku, ale na przyszłość… Nie drzyj się tak – w polu widzenia pojawił się Josh. - Wiadomo coś o moich PRAWDZIWYCH rodzicach? 
- Leżą w Świętym Mungu, nic im nie jest – odpowiedziałam, chłopak uśmiechnął się.
Jak już stąd wyjdziemy, odwiedzę ich. Teraz, bardzo proszę, poinformujcie kogoś, żeby nas uratowano… Jeśli do jutra nikt nie przyjdzie, sami to zrobimy.
- Ty chyba chory jesteś… Sami nie dacie rady – powiedział James. - Łapa, obiecaj mi, że nie zrobicie nic głupiego.
Stary, czy ja kiedykolwiek zrobiłem coś głupiego? Damy radę… I pamiętajcie, czekamy do jutra.
Syriusz… Ani się waż – w szkiełku zobaczyliśmy swoje odbicie. - To tak… To by było na tyle, pisz do Luck'a. Już!
Wysłałam zaszyfrowany list. Razem z bratem wymyśliliśmy kod więc mogłam być pewna, że nikt nie rozszyfruje wiadomości.
- Ile tej sowie, zajmie dostarczenie listu? - zapytała Lily. Wzruszyłam ramionami, nie zastanawiałam się nigdy nad tym.
- Ja bym jeszcze, poszedł powiedzieć dyrektorowi… Ale skończy się to jak zwykle – powiedział Remus.
Minęło sporo czasu, zanim udało mi się zasnąć, przytuliłam się do pluszowego wilka, którego dostałam od brata na święta (Remus nie był zadowolony, z formy zabawki).
Podczas śniadania, w Wielkiej Sali było ciszej niż zwykle. Uczniowie siedzieli na ławach i szeptali między sobą albo wcale się nie odzywali. Dyrektor był tego dnia bardzo zdenerwowany.
Dopiero po czwartej lekcji okazało się, że w Hogwarcie są aurorzy i Minister Magii, którzy rozmawiają z Dumbledorem o czymś bardzo ważnym.
- Twój brat, na pewno powiedział im o Twoim liście – powiedział James, kiedy szliśmy na boisko, w przerwie między lekcjami.
- Mam nadzieję, że zaczną robić coś w kierunku uratowania chłopaków – odezwała się Ali. - Siedzą tam już tydzień.
James poszedł się przebrać, a my skierowaliśmy się na trybuny.
 
- Peter nie chciał przyjść? - zapytałam.
- Podobno miał coś ważnego do załatwienia, w bibliotece – odpowiedział bezbarwnie Remus.
Na boisku brakowało tylko Syriusza, drużyna miała kogoś w zamian, ale musieli przyznać, że Łapa jest niezastąpiony. Wypytywali nas o niego, ale nie mogliśmy wiele powiedzieć.
Kiedy wieczorem, po kolacji usiedliśmy przed kominkiem, byliśmy wyczerpani. Minister i aurorzy wyjechali zaraz po ostatniej lekcji.
- Myślicie, że Hagrid będzie coś wiedział? - zapytał James.
- Jest już za późno, będziemy mieć problemy – odpowiedziała Alison. Chciała już iść do dormitorium.
- Znam sposób, żeby przejść niezauważonym.
- Niewidka? - zapytał Remus, siedział z zamkniętymi oczami i dumał. Rogacz z triumfalnym uśmiechem wyciągnął z torby pelerynę.
- To kto idzie ze mną? - Lunatyk ziewnął i otworzył oczy.

HUNCWOCI

Hagrid nie był zachwycony wizytą Huncwotów.
- Kiedyś się doigracie… Nie powinniście tak późno wychodzić z zamku – powiedział, kiedy stawiał przed chłopcami kubki z parującą herbatą i ciasteczka.
- Chcemy tylko wiedzieć, po co był tu Minister Magii – odezwał się James. Hagrid spojrzał na niego i westchnął.
- Dumbledore opowiedział im tą całą historię o waszych przyjaciołach – odpowiedział gajowy.
- Czyli czegoś się dowiedzieli? - zapytał z nadzieją Remus. Wielki przyjaciel wzruszył ramionami.
- Sam jestem ciekaw, co z nimi. Martwię się tak jak wy.
- Dostaliśmy od nich wiadomość – oznajmił James i przyjaciele opowiedzieli olbrzymowi, wszystko co wiedzieli. Gajowy wysłuchał opowieści w ciszy, potem jeszcze bardziej się zmartwił.
Huncwoci wślizgnęli się do zamku, a potem najkrótszą drogą dotarli do pokoju wspólnego. Nikogo już tam nie było więc poszli do swojego dormitorium. James prawie od razu zasnął, a Remus jakiś czas patrzył w księżyc.

JOSH I SYRIUSZ

W piwnicy było jasno. Chłopcy spacerowali w tę i z powrotem.
- Podsumowując – odezwał się Łapa, przerywając ciszę. - Wybawcy się spóźnili, a my nie mamy różdżek. Z drugiej strony, gdybyśmy je mieli, nie możemy czarować poza Hogwartem…
- Taaa… To prawo niekiedy mocno przeszkadza – Josh zszedł po schodach. - W kącie stoją butelki z wodą, daj jedną. Bez picia, długo nie przeżyjemy – wyjaśnił, kiedy zobaczył spojrzenie przyjaciela. Syriusz podał Josh'owi jedną butelkę, a drugą zostawił dla siebie.
- Żaden z tych zamaskowanych tu już dzisiaj nie przyjdzie – oznajmił Łapa. - Jeden tu przyszedł, kiedy spałeś. Naściemniałem mu, że jakiś z jego kolesi rozwiązał nas i tak zostawił. Kretyn to łyknął i wrócił na górę.
- Więc do jutra mamy spokój, ale chciałbym się stąd wydostać jeszcze dzisiaj… - Syriusz pokiwał głową i pociągnął łyk z butelki.
Josh szukał czegoś, co mogłoby się nadawać na wyważenie drzwi. Dziadek trzymał w piwnicy różne narzędzia.
- To są idioci – stwierdził, kiedy w jednym z pudeł znalazł łom. - Nie chciało im się nawet przeszukać piwnicy i zabrać narzędzi.
- Tym lepiej dla nas – stwierdził Syriusz podnosząc cię z ziemi i otrzepując spodnie. - Uda Ci się tym rozwalić drzwi?
Weszli po schodkach i nasłuchiwali. Wyglądało na to, że w domu nie ma żadnego Śmierciożercy. Josh wsadził końcówkę łomu, między framugę, a drzwi. Musiał mocno ją wcisnąć, co nie było łatwe. Łapa cały czas nasłuchiwał. Łom trzymał się w szparze i Josh naparł na niego, potem pociągnął do siebie i znów naprał, powtórzył tą czynność kilka razy.
- Chyba się udało – stwierdził, gdy coś cicho chrupnęło.
- Chyba? - zapytał Syriusz. Obaj odsunęli się od drzwi i Josh popchnął je lekko, ustąpiły.
- Dziadek będzie musiał naprawić zamki – mruknął pokazując przyjacielowi framugę i zamek.
W przedpokoju nikogo nie było. Chłopcy po cichu wyszli z piwnicy i zamknęli za sobą drzwi. Żaden nie miał ochoty oddalać się od drugiego, było to głównie spowodowane utratą różdżek. Syriusz został przy drzwiach salonu, a Josh chwilę się w nim rozglądał. Było mało prawdopodobne, że Śmierciożercy ukryli różdżki w domu, ale po nich można się było wszystkiego spodziewać. Chłopak chwilę stał na środku salonu i zastanawiał się, jak można odzyskać ten niezbędny przedmiot.
- Jak Ci idzie? - do pokoju zajrzał Łapa. Widać było, że się boi.
- Myślę, ale wątpię, żeby różdżki były w domu… Mam! - prawie krzyknął i rzucił się do najniższej szuflady w komodzie. Syriusz wrócił do nasłuchiwania. Przestępował z nogi na nogę, nie był zadowolony, że stoi na widoku. Josh w tym czasie przeszukiwał szuflady w komodzie. W najwyższej znalazł to, czego szukał. Ułożył zawartość szuflady we względnym porządku i wyszedł do przyjaciela. Syriusz spojrzał na przedmiot w ręku przyjaciela.
- Skąd…? - Josh uciszył go i popchnął w kierunku drzwi wejściowych. Wyjrzeli przez wizjer. Na zewnątrz cały czas spacerowali Śmierciożercy.
- Szczerze mówiąc, mogli zostawić tu jednego albo dwóch… - stwierdził cicho Josh.
- Co z Twoimi dziadkami? Gdzie ich mogli zabrać. - Josh zastanowił się chwilę i spojrzał na schody. - Na piętrze?
- Strych – szepnął przyjaciel. - Chodź.
Wspięli się po schodach na piętro. Na strych prowadziły stare drewniane stopnie. Josh zatrzymał się i pociągnął przyjaciela do najbliższych drzwi. Weszli do sypialni, z jednym łóżkiem i biurkiem. Łapa spojrzał na przyjaciela pytająco, ale ten przyłożył tylko palec do ust. Nasłuchiwali chwilę, na strychu słychać było kroki. Josh wyczarował kilka rzeczy, żeby sprawdzić, czy różdżka dziadka jest mu posłuszna.
- Skąd ją wziąłeś?
- Dziadek zawsze chowa ją do komody, co jakiś czas zmienia szufladę – odpowiedział chłopak i wrócił do nasłuchiwania. Teraz ciężkie kroki usłyszeli bliżej, Syriusz cicho jęknął, za co został skarcony przez przyjaciela. Właściciel kroków zszedł po schodach i zatrzasnął za sobą frontowe drzwi. Chłopcy powoli otworzyli drzwi i wyjrzeli. Klapa na strych była zamknięta.
- To stąd wiedziałeś, że ktoś jest na górze…
Weszli powoli na stopnie i Josh podniósł ciężką klapę. Na poddaszu było dość ciemno, przez zasłonięte okna, nie wpadało dużo światła. Josh wszedł pierwszy i delikatnie położył klapę, żeby nie trzasnęła.
- Coś mi tu nie gra – wyszeptał Syriusz. Chłopcy rozejrzeli się po strychu i Josh zauważył o co chodzi przyjacielowi. Dziadek z babcią siedzieli na małej kanapie i pili jakiś parujący napój. Spojrzeli na chłopców nieobecnym wzrokiem.
- Josh? - zapytał dziadek. Chłopak nie odezwał się i dalej gapił się na swoich dziadków.
- Coś jest nie tak? - odezwała się babcia.
- Nie tak?! - zdenerwował się Josh. - Może wy mi powiecie co tu jest grane?
Syriusz jęknął cicho i podbiegł do przyjaciela. Obaj spojrzeli na otwór w podłodze. Na schodach słychać było kroki.
- Czyli wy pomagaliście im w złapaniu mnie? - Josh był wściekły, nie rozumiał jak mogli mu zrobić coś takiego. Na lewej ręce dziadka czernił się Mroczny Znak.
- To nie tak jak myślisz – próbowała uratować sytuację babcia.
- Właśnie, że jest tak jak myśli, droga pani – do pomieszczenia weszło dwóch mężczyzn z obrzydliwymi uśmiechami. - Teraz pozwólcie z nami…
Josh wycelował w nich różdżkę i zaatakował. Śmierciożercy padli bez ruchu na podłogę, jeden wyleciał przez podłogę i spadł ze schodów. Chłopcy szybkim krokiem zeszli ze strychu. Josh zamknął klapę, nie dało się jej otworzyć od wewnątrz.
- Grr… Wychodzimy – Łapa pobiegł za nim, czuł się bezbronny bez różdżki. Kiedy otworzyli wejściowe drzwi do środka weszła duża grupa Śmierciożerców. Josh zaklął pod nosem i wystawił różdżkę do obrony. Ze strychu rozległo się wołanie i walenie w klapę.
- A mogliśmy teraz na nich spokojnie czekać w piwnicy… - Łapa był niepocieszony. W tym momencie coś huknęło na zewnątrz. Chłopcy zobaczyli kolejne postacie. Śmierciożercy też ich zobaczyli i odwrócili się w stronę drzwi. Na podwórku rozległy się nawoływania, ktoś krzyknął. Aurorzy wpadli do małego holu i zaatakowali. Josh i Syriusz przesunęli się w głąb domu, żeby nie wchodzić w drogę wybawcom.
- ODWRÓT! - krzyknął jeden z zamaskowanych i słudzy Voldemorta zaczęli się rozpływać w czarnej mgle. Przyjaciele wyjrzeli z salonu.
- Jeszcze dwaj byli na górze – szepnął Syriusz.
- Na strychu są też moi dziadkowie, mogą potrzebować pomocy.
Aurorzy przewieźli ich do szpitala Świętego Munga, gdzie zajęli się nimi uzdrowiciele. Chłopcy potrzebowali opieki całodobowej. Byli w bardzo złym stanie.



Jednak wyrobiłam się szybciej niż myślałam :) CZYTASZ = KOMENTUJESZ :D Do następnego ;*

~ MOONY

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz