czwartek, 28 maja 2015

Rozdział 7. ~ Moony

Opowiadanie 1. "Lucy Fox w świecie magii"
Autor ~ Moony
Korekta ~ Moony

Rozdział 7. "Święty Mung" 

   Siedziałam na krześle obok łóżka mamy Josh'a. Luck zabrał mnie ze sobą do Szpitala Świętego Munga, żebym mogła porozmawiać z rodzicami mojego przyjaciela. Oboje jeszcze spali, bo było bardzo wcześnie rano. Ustaliłyśmy z Alison, że to ja pojadę z moim bratem, ona została z moją mamą w domu i czeka na wiadomości.
   Kobieta na łóżku była chuda i blada. Miała podkrążone oczy. Josh i jego świętej pamięci brat odziedziczyli po niej całą urodę. Miała gęste czarne włosy, teraz poniszczone, sięgały jej do ramion. Miała bardzo wyraźne rysy twarzy. Na łóżku obok leżał jej mąż, miał brązowe krótkie włosy i okrągłą twarz, mimo niewoli u Voldemorta, nie wyglądał na wymizerowanego.
- Idę po wodę - odezwał się mój brat. - Idziesz ze mną?
Spojrzałam na śpiących, nic nie wskazywało na to, że szybko się obudzą. Wyszliśmy z Luck'iem z sali i poszliśmy na najwyższe piętro szpitala. Znajdowała się tu mała kawiarenka. Usiadłam przy stoliku w najdalszym kącie kawiarni, a Luck poszedł po wodę. Przy stoliku koło okna siedział mężczyzna i pocieszał jakąś kobietę, prawdopodobnie żonę. W centralnej części sali przykuł moją uwagę mały chłopiec z rudą czupryną, który siedział ze swoimi opiekunami i dziewczynką, Chłopiec cały czas dokuczał małej, a dorośli nie reagowali.
- Wszytko ok? - zapytał Luck, kiedy siadał przy naszym stoliku. Postawił przede mną butelkę wody.
- Dzięki - odpowiedziałam i uśmiechnęłam się lekko, żeby potwierdzić, że wszystko w porządku. Siedzieliśmy dłuższy czas bez słowa. Mężczyzna siedzący przy stoliku obok nas, starał się ukryć fakt, że płacze, przed nim na stole, leżała książka. Była otwarta na stronie tytułowej, pod tytułem była odręczna notatka. Nie potrafiłam jej przeczytać, ale musiało to być jakieś pożegnanie bo czarodziej wpatrywał się w nią i po policzkach płynęły mu wielkie łzy.
- Jest czas obiadu, pewnie już nie śpią - odezwał się Luck i wstał. Poszłam za nim, z nietkniętą butelką wody w dłoni. W sali pachniało szpitalnym jedzeniem. Rodzice mojego przyjaciela siedzieli na łóżkach i w ciszy spożywali posiłek, kiedy weszliśmy podnieśli na nas wzrok. Mieli zmęczone i wystraszone spojrzenie, obydwoje mieli niebieskie oczy.
- Dzień dobry - powiedział Luck, potem ja się przywitałam.
- Nazywam się Luck Fox, a to jest moja siostra, Lucy - małżeństwo popatrzyło na mnie.
- Josh często o tobie opowiadał - powiedział mężczyzna. Miał donośny przyjemny głos. Jego żona przytaknęła mu.
- Czy pamiętacie co się przydarzyło, tamtej nocy? - zapytał Luck, był bardzo poważny.
- Erick obronił mnie przed zabójczym zaklęciem - powiedziała matka chłopaków. - Josh był na górze, kiedy Śmierciozercy ciągnęli nas przez las widziałam, że siedział na jednym z pobliskich drzew. Modliłam się, żeby nie atakował wroga, on był sam, ich było wielu.
- Czy oprawcy wyrwali wam włosy? Albo pobrali od was próbkę do stworzenia eliksiru?
- Nie wiemy.
- Nie musieli nam nic wyrywać, wystarczy, że ciągnęli nas po lesie, wtedy mogły im zostać nasze włosy w dłoniach... - powiedział smutny ojciec. Popatrzyłam na nich współczująco. Nie miałam serca mówić im, że Josh jest więziony, na szczęście mój brat nic im nie powiedział, a na pytanie, czemu ich syn nie przyszedł, powiedziałam, że ma zaległości i nie mógł przyjść, ale na pewno, kiedy tylko na chwilę znajdzie czas, to do nich zajrzy.

Krótki, o to mi chodziło... Tego nawet nie można nazwać rozdziałem, ale co tam :D

Pozdrawiam Moony ;)










piątek, 15 maja 2015

Rozdział 6 ~ Moony

No to mamy kolejny rozdział, zapraszam do czytania. :)


Opowiadanie 1. "Lucy Fox w świecie magii"
Autor ~ Moony
Korekta ~ Moony

Rozdział 6. "To pułapka!"

    Kiedy stanęliśmy na podjeździe pod domem, zaczął padać śnieg. Był bardzo gęsty. W drzwiach stanęła mama. Włosy miała dłuższe niż ostatnim razem, kiedy ją widziałam. Przywitała nas radośnie. Już od progu można było się domyślić co przygotowała na obiad. Wyczułam lazanie z ziemniaków i zupę ogórkową.
- Pójdę się przebrać – powiedziałam i poszłam na górę, do swojego pokoju. Na ścianach wisiały zdjęcia, które zrobiłam razem ze swoimi przyjaciółmi. Popatrzyłam na jedno z nich. Staliśmy tam wszyscy: Ali, bliźniacy i ja. Było to zdjęcie z piątej klasy, czyli ostatniej, w której był z nami Eric. Fotografia została zrobiona na błoniach, w tle widać Zakazany Las. W oczach pojawiły się łzy. Poczułam, że muszę odnaleźć tego, kto zabił mojego przyjaciela. Teraz wiedziałam, jak czuł się Josh.
    Przebrałam się w spodnie z dresu i trochę za dużą bluzę, którą dostałam od dziadków dwa lata temu. Rodzice i Ali siedzieli już przy stole. Mama właśnie nalewała zupę do mojego talerza. Ściągnęła fartuszek, w którym nas przywitała. Miała na sobie zielony świąteczny sweter i sztruksowe spodnie.
- Jak w szkole, dziewczynki? - zapytał tata. Wymieniłyśmy z Alison spojrzenia. Nie wiedziałam czy mogę im powiedzieć co się dzieje. Nie miałam pojęcia, czy Luck ich informował, ale chyba coś mówił, skoro zakazali mi o tym mówić.
- Josh pojechał na święta do swoich dziadków – powiedziałam wreszcie.
- Mówiłaś, że zaginął – zdziwiła się mama. Przełknęłam gorącą zupę. Wydawało mi się, że ich informowałam.
- Z tych nerwów, zapomniałam wam wysłać list – odpowiedziałam lekko speszona.
- Może i lepiej, że nie pisałaś – odpowiedział tata. - Nie wiadomo, czy ktoś nie przechwytuje sów i nie czyta prywatnej korespondencji.
- A to nie jest zabronione? To jest naruszanie prawa – odezwała się moja przyjaciółka. Ojciec oderwał na chwilę od talerza z zupą i popatrzył na Ali i na mnie.
- Na dzień dzisiejszy nikt nie patrzy, jakie prawa panują na świecie. Prawa Człowieka są łamane – westchnął i wrócił do jedzenia. Do końca posiłku panowała cisza.
    Kiedy po obiedzie poszłyśmy z Ali do mojego pokoju, na parapecie siedziała biała sowa. Wpuściłam ją do środka. Do nóżki miała przyczepiony kawałek papieru. Kiedy odwiązałam pergamin ptak odleciał.
- Od Josha? - zapytała Alison. Miałam nadzieję, że to od Josha, kiedy spojrzałam na tekst, poznałam zamaszyste pismo Syriusza.

Jesteśmy na miejscu. Nie wiem czy rodzice Josha zawsze są tacy dziwni, ale cały czas mi się przyglądają. Jego potraktowali dość oschle, kiedy zapytał jak udało im się uciec. Nawet moi okazali by trochę serca i mnie przytulili… On mówi, że wszystko jest w porządku. Jego dziadkowie są spoko. Jakby coś było nie tak poinformuję was. 


Wasz wspaniały Łapa 

    Popatrzyłam na Ali. Ona wpatrywała się w treść listu.
- Nawet go nie przytulili?! - powiedziała z niezadowoleniem. Położyłam pergamin na biurku. Nie chciało mi się wierzyć, żeby rodzicie tak się zachowywali, po porwaniu przez Śmierciożerców. Moi na pewno nie pojechaliby do dziadków, nie wysłali by do mnie listu. Nie dali by znaku życia, żeby mnie nie narażać.
- Nie wiem, czy Josh dobrze zrobił, że pojechał na święta do dziadków. Boję się o niego.
- Myślisz, że powinniśmy kogoś poinformować? - moja przyjaciółka usiadła na moim łóżku i wpatrywała się w zdjęcie z piątej klasy, w to samo co wcześniej ja. Kiedy siedziałyśmy w ciszy i zastanawiałyśmy się co robić. Usłyszałam, że ktoś puka do drzwi wejściowych.
- Lucy! - wołał ktoś z dołu. - Mam dobre wieści!
- Luck! - zawołałam, kiedy zeszłam na dół, za mną zeszła Alison. Mój brat miał rękę na temblaku i podbite oko, ale był rozpromieniony i zadowolony.
- Wczoraj pozwolili mi iść na poszukiwania rodziców Twojego kolegi, bo mieli trop. Okazało się, że był dobry. Voldemort gdzieś się ukrył i nie było go na miejscu więc szybko poszło. Musieliśmy się przebić przez wielu Śmierciożerców – pokazał na swoje oko i na rękę i kontynuował. - Kiedy już ich pokonaliśmy udało nam się uwolnić tych niewinnych ludzi. Zabraliśmy ich do Ministerstwa, a potem zabrali ich do Świętego Munga. Czemu masz taką minę? - zaniepokoił się Luck. Niestety nie mogłam mu odpowiedzieć, bo straciłam przytomność.
    Przed oczami stanął mi Josh, był przerażony. Miał zaklejone usta i był związany. Siedział w jakimś ciemnym pomieszczeniu. Kolejny obraz jaki się pojawił to zakneblowany Syriusz. Widziałam jak się szamotał. Jego twarz była mokra od potu. Potem zobaczyłam, że moi przyjaciele razem siedzą w ciemnym pomieszczeniu.
    Kiedy otworzyłam oczy, wokół mnie panowała ciemność. Kiedy się rozejrzałam poznałam mój pokój. Zegarek na szafeczce nocnej pokazywał trzecią w nocy. Musiała zemdleć i do tej pory się nie obudziłam. Obok mojego łóżka na materacu spała Alison. Nie wiem, kiedy ponownie udało mi się zasnąć, ale cały czas śniły mi się koszmary.


    Chłopak, obudził się z dziwnego snu. Strasznie bolała, go głowa. Nie mógł poruszyć rękami. Dopiero, kiedy doszedł do siebie i na chwilę udało mu się powstrzymać zawroty głowy, zobaczył gdzie jest. Był przywiązany do krzesła, które ktoś postawił w piwnicy jego dziadków. Nie potrafił sobie nic przypomnieć. Próbował się uwolnić z więzów, ale były mocno zawiązane.
- Już próbowałem, koleś co je wiązał, zna się na węzłach – powiedział ktoś za nim.
- Łapa? - zdziwił się chłopak. Próbował się odwrócić, ale nie zobaczył twarzy przyjaciela, tylko potargane czarne włosy.
- A myślisz, że kto inny? - zaśmiał się Syriusz. - Mamy szczęście, że nas nie zabili. Ah… Lucy miała przeczucie.
- Taa… Trzeba jej było posłuchać… - westchnął i wbił wzrok w ścianę. - Co się właściwie stało?
- Co pamiętasz? - odpowiedział pytaniem Łapa. Josh zastanowił się chwilę.
- Dworzec, mojego ojca. Kazał nam iść do samochodu, był jakiś inny niż zawsze, ale myślałem, że to z nerwów, że ktoś nas zobaczy. Remus, jakiś czas temu poszedł ze swoim ojcem. Kiedy przyjechaliśmy do domu, napisałeś do Lucy. Dziadkowie dali nam jeść, potem… - chłopak zamilkł. - Nie pamiętam co działo się po posiłku… Moja głowa!
- Kiedy szliśmy do sypialni, w której mieliśmy spać, twoja matka walnęła Cię w głowę, ale widziałem, że już nie za bardzo przypomina Twoją mamę. Potem walnęli mnie, ale nie tak mocno, jak ciebie.
- Ile byłem nieprzytomny?
- Nie wiem, która teraz jest godzina, ale podejrzewam, że kilka godzin. A teraz myśl jak się stąd wydostać… - potem dodał. - Fajnie by było gdyby znaleźli Twoich prawdziwych rodziców…
- Nawet nie wiesz jak bardzo tego chcę… - Josh miał ogromną nadzieję, że gdy rodzice zostaną uratowani, ktoś szybko zorientuje się, że Syriusz i on są w niebezpieczeństwie.
    Kiedy przez niewielkie okienka, do pomieszczenia zaczęło wpadać poranne światło, chłopcy usłyszeli, że ktoś schodzi do nich po schodach. Mężczyzna miał na sobie czarną szatę, na głowę narzucony kaptur i maskę Śmierciożercy na twarzy. Stanął przed Joshem i chwilę mu się przyglądał. Potem podszedł do Syriusza.
- Nadawałbyś się – odezwał się oschle Śmierciożerca. Josh zdał sobie sprawę, że już kiedyś słyszał ten głos, ale nie wiedział kiedy i nie potrafił sobie przypomnieć do kogo należał.
- Odwal się, śmierdzielu – warknął Łapa. Sługa Voldemorta zaśmiał się i uderzył chłopaka w twarz.

- Zadziorny, ale już za niedługo nie będziesz taki cwany – po tych słowach zostawił przyjaciół samych. Josh słyszał, jak Syriusz klenie pod nosem. 
- Cholerni Śmierciożercy! - Łapa był bardzo zły. - Josh, wysil się i pomóż mi wymyślić, jak się stąd wydostać...!


Dajcie znać czy się podobało. 
KOMENTOWANIE MOTYWUJE! :D
Do następnego rozdziału.


~ Moony

sobota, 9 maja 2015

Rozdział 5 ~ Moony

Opowiadanie 1. "Lucy Fox w świecie magii"
Autor ~ Moony
Korekta ~ Moony

Rozdział 5. "Wszystko idzie nie tak!"


    Josh siedział nad pustym talerzem i nic nie mówił. Od tygodnia znowu chodził z nami na lekcje, ale widziałam, że na nich nie uważa. Był na mnie zły, że powiedziałam nauczycielom co się stało. Profesorowie sami postanowili zająć się sprawą, poinformowali też Ministerstwo. Prawie codziennie dostaję list od mojego brata. Rodzice zakazali mu cokolwiek mi mówić, ale on ich nie słucha. "Jestem dorosły i czuję, że masz prawo wiedzieć, co się dzieje" napisał w jednym z listów.
 
   Poczułam, że ktoś mnie szturcha. Rozejrzałam się, do Wielkiej Sali właśnie wleciały sowy z pocztą. Wypatrywałam sowy mojego brata. Nadleciała, list upuściła na mój talerz i usiadła mi na ramieniu. Otworzyłam kopertę i przeczytałam:


Wszystko idzie nie tak! Wykluczyli mnie! Powiedzieli, że za bardzo się angażuję w tą sprawę. Teraz muszę siedzieć w biurze. Nie wiem co zrobię, ale coś wymyślę, żeby mnie zabrali na poszukiwania. Mam nadzieję, że u was wszystko dobrze. Puki w szkole jest Dumbledore nic wam nie grozi. Pozdrów przyjaciół. Do zobaczenia. Kocham Cię.
 
Luck

  Zmartwiłam się. Luck był jedynym źródłem informacji. Remus zauważył, że coś jest nie tak i wyjął mi list z ręki. Kiedy przeczytał, włożył go do kieszeni spodni. Dobrze zrobił, nie chciałam martwić przyjaciół. Popatrzyłam na moich towarzyszy. Mieli ponure miny. Nawet Rogacz i Łapa, co nie jest często spotykane.
- Zjedz coś - powiedziała Lily i podała Josh'owi chleb. Chłopak popatrzył na nią nieprzytomnie i pokręcił głową. Chcieliśmy aby nabrał ciała, bo był strasznie chudy.
- Musisz coś jeść - powiedział mu Glizdogon. - Jeśli nie będziesz jadł, nie pokonasz Czarnego Pana.
- Peter, Czarnego Pana? - zdziwił się Łapa. Młodzieniec wystraszył się i szybko powiedział:
- Tak jakoś mi się powiedziało.
- Lepiej, żeby Ci się już przypadkiem nie mówiło - powiedział ze spokojem Remus. - Voldemort jest wrogiem, a nie panem.
    Po śniadaniu poszliśmy do Pokoju Wspólnego. Mieliśmy dzisiaj na później. Huncwoci wygonili jakieś młodsze dzieciaki z kanapy przy kominku i usiedliśmy. Josh nie odzywał się. Przyglądałam mu się, ale nie patrzył na mnie. Był obrażony.
- Nie lubię bezczynnie siedzieć... - odezwał się Łapa. - A poza tym mina Josha zaczyna mnie dołować.
- Sorry... - mruknął Josh. - Gdybyście nie mówili nic profesorom, już bym ich dorwał.
- To po co tu przychodziłeś? - zapytałam. Nie wiedziałam, dlaczego miał do mnie pretensje. Chciałam mu pomóc.
- Chciałem Ci powiedzieć. Myślałem, że należy Ci się jakieś wyjaśnienie - powiedział cicho chłopak. - Potem chciałem iść i odszukać moich rodziców.
- Sam? - James wydał się rozbawiony. - Sam pokonać Śmierciożerców? A potem Tego - Którego - Imienia - Nie - Wolno - Wymawiać?!
- Chcę tylko uratować rodziców - odpowiedział Josh. - I może kiedyś pomścić brata.
    W Pokoju było cicho, w kominku palił się ogień. Było przyjemnie ciepło. Za oknem zaczął padać śnieg. Nie mieliśmy ochoty rozmawiać, każdy pogrążył się w swoich myślach. Zaczęłam wspominać pierwsze lata w Hogwarcie. Jak poznałam bliźniaków i Alison. Pierwsze kawały Huncwotów. Wszystkie te lata były beztroskie i przyjemne.
- Hej, wy! - krzyknął do nas jakiś chłopak. - Czy wy wiecie, która jest godzina?! Zaraz zacznie się lekcja!
- Nie drzyj się chłopie - powiedziała Lily. Wzięliśmy swoje plecaki i poszliśmy na lekcję transmutacji. Josh był na tych lekcjach trochę bardziej skupiony niż na innych. Usiedliśmy na końcu klasy niedaleko siebie. Josh siedział sam (zawsze siedział ze swoim bratem). Pani profesor zaczęła lekcję. Nie byłam skupiona. Parę razy udało mi się zmienić moją sowę w kielich, ale nie o to chodziło na tej lekcji.
- Josh - zatrzymała nas McGonagall, kiedy wychodziliśmy z klasy, po lekcji. - Zapraszam  Cię dzisiaj. Poćwiczymy twoje przemiany.
- Dziękuję pani profesor, ale nie przyjdę - odpowiedział chłopak. - Te lekcje to była przyjemność i wspaniała zabawa, ale bez Eric'a to nie będzie to samo. Nie umiem się skupić więc to nie wyjdzie.
- Rozumiem, ale musisz ćwiczyć, żeby nie wyjść z wprawy.
- Może innym razem, proszę pani - Josh uśmiechnął się smutno i poszliśmy na obiad.
   Josh zjadł niewielką porcję. Uśmiechnęłam się w duchu, bo to znaczyło, że zaczyna odzyskiwać pewność siebie. Po obiedzie były eliksiry. "Wspaniale panno Evans!" "Snape świetna robota!" co jakiś czas mówił profesor Slughorn. Lily pomagała Jamesowi, ale jego profesor nie chwalił. Widziałam, że Josh stara się skupić i stworzyć dobry eliksir. 
   Po eliksirach poszliśmy na Obronę Przed Czarną Magią. Byłam w parze z Joshem. Parę razy udało mi się go pokonać, ale nadal był lepszy ode mnie, mimo tego, że cały czas był zamyślony.
- Miło patrzeć, jak odzyskujesz apetyt - powiedział Remus, pewnego wieczoru podczas kolacji, kiedy Josh zjadł dużą porcję i nakładał sobie więcej. Chłopak lekko się uśmiechnął. Jego skóra nabrała naturalny kolor. Na twarzy miał rumieńce.
- Dostałem, dzisiaj rano, list od ojca - powiedział Josh. - Napisał, że jest u moich dziadków, razem z mamą.
- Udało im się uciec? - James zakrztusił się sokiem z dyni. Josh wzruszył ramionami.
- Nie wiem, dlatego święta planuję spędzić u dziadków.
- Mogę jechać z tobą? - zapytał Syriusz. Nie lubił wracać do domu. Święta spędzał w szkole albo z James'em u jego rodziców.
- Chciałem załatwić to sam, ale jeśli chcesz jechać ze mną. Miło mi będzie, jak ktoś z moich przyjaciół tam ze mną będzie.
- To super - ucieszył się Łapa. - Rogaczu, niestety w tym roku nie będę Ci towarzyszył.
- Nie martw się, będę miał towarzystwo - James spojrzał na Lily i pocałował ją w policzek.
   Tydzień przed świętami był zadziwiająco spokojny. Profesorowie trochę odpuścili, ale nadal byli wymagający. Kiedy wreszcie nadszedł dzień wyjazdu do domu, wszyscy byli szczęśliwi, nawet Josh.
- A jeśli to jest pułapka? - powiedział Syriusz, kiedy jechaliśmy na stację.
- Boisz się ze mną jechać? - zapytał Josh. Łapa wzruszył ramionami. Włożył rękę do kieszeni i odetchnął. Rogacz mrugnął do niego.
- Jakby coś było nie tak - odezwała się Ali. - W tym roku spędzam święta z Lucy.
- Czyli jesteśmy w jednym domu po dwie osoby - podsumowała Lily. - To dobrze, nikt nie zostanie pominięty.
- Ja jestem sam - stwierdził Peter. - Remus też będzie sam.
- Lepiej żebym z nikim nie spędzał świąt... - powiedział Remus. Siedział skulony. - W święta wypada pełnia. Nie będę wam mógł pomóc.
- Mów ciszej - upomniał go Rogacz. Uczniowie przed nami odwrócili się i patrzyli na nas podejrzliwie. - Chyba, że chcesz żeby każdy dowiedział się o twoim futerkowym problemie.
   W pociągu znaleźliśmy wolny przedział i całą drogę planowaliśmy co zrobimy, gdy list od ojca Josha okaże się pułapką.
- Dobrze, że nabrałeś sił, Josh - powiedziałam. - Jestem trochę spokojniejsza.
- Nie martw się, Lucy. Nic mi nie będzie - odpowiedział. Uśmiechał się. - A tak poza tym, przepraszam za moje zachowanie. Nie powinienem był Cię tak traktować.
- Nie masz za co przepraszać - odpowiedziałam. Uśmiechnął się jeszcze szerzej. Wyciągnął do mnie ręce. Przytuliłam go. Miał mocny uścisk. Walka wręcz nie powinna być dla niego trudnością, ale czarodzieje wolą używać czarów... [;_;]
   Na peronie czekał na mnie ojciec. Ucieszyłam się na jego widok. Nidzie nie widziałam mojego brata, podobno został wezwany do Ministerstwa.
- Jeśli będzie coś nie tak - powiedziałam do Josh'a. - Masz do nas napisać.
- Obiecuję - odpowiedział mój przyjaciel.
- Jeśli nie będzie chciał pisać - odezwała się Alison. - Łapa nas poinformuje.
- Nawet jeśli będzie mi groził - obiecał Syriusz. Wiedziałam, że mogę mu ufać. Jeśli chodziło o bezpieczeństwo przyjaciela, robił wszystko alby go uratować.
   Nie mogliśmy doczekać się na kogoś od Josh'a. Zaczęłam się denerwować. Peter, James i Lily już dawno pojechali. Uparłam się, że zaczekamy aż ktoś odbierze Josha.
- Lucy, mama czeka na nas w domu z posiłkiem - powiedział tata.
- To nie ma sensu, nie czekajcie - powiedział Josh. - Dam znać, jak będziemy w domu.
- Lucy - odezwał się Remus. - Zaczekam tu z nimi. Po mnie też nikt jeszcze nie przyjechał.
- Ale ty nie jesteś w takiej sytuacji, jak on! - powiedziałam to trochę głośniej niż chciałam. Remus podszedł do mnie i przytulił. Trochę się rozluźniłam, ale on niezbyt pomoże chłopakom. Ledwo trzymał równowagę, był blady, miał ciemne wory pod oczami.
- Teraz nic im się nie stanie - zauważyła Ali. - Nie zaatakują w pobliżu mugoli. Na razie im się nie przydamy.
   W końcu dałam się namówić. Bałam się o przyjaciół. Bałam się, że już nigdy ich nie zobaczę...

~ Moony

piątek, 8 maja 2015

Rozdział 4 ~ Moony

Opowiadanie 1. "Lucy Fox w świecie magii"
Autor ~ Moony
Korekta ~ Moony

Rozdział 4. " Szósta klasa. Bardzo zła wiadomość"

Szósta klasa.
      Siedziałam na jednej z małych plaży nad jeziorem. Na błoniach nie było wielu uczniów. Słyszałam nawoływanie mojej najlepszej przyjaciółki, Alison, ale nie reagowałam. Chciałam być sama. Rok szkolny trwał już dwa miesiące. Można powiedzieć, że rok jak każdy inny, ale zauważyłam, że jest coś nie tak. Profesorowie, kiedy pytałam się ich o to, czy coś nam grozi, zawsze mnie zbywali.
   Kiedy na koniec piątej klasy przyjechaliśmy na peron 9 i 3/4, Josh i Eric zapewniali mnie i Ali, że podczas wakacji będą do nas pisać i prawdopodobnie się spotkamy. Niestety w pierwszym tygodniu wakacji kontakt się urwał. Razem z Ali byłyśmy zaniepokojone. Przyjechała nawet do mnie, żeby nie pisać do siebie długich listów. Miałyśmy nadzieję spotkać chłopaków w pociągu, pierwszego września, ale nie było ich tam. Wiedziałam, że dzieje się coś złego. 
 
  Mój wujek, brat taty, zaczął się dziwnie zachowywać, kilka dni po urwaniu kontaktu z bliźniakami. Mama i tato nic mi nie chcieli mówić. Luck też milczał, chociaż był najbliżej mnie podczas wakacji. Żałowałam, że mój brat już nie chodzi ze mną do szkoły. W tym roku zaczął pracę w Ministerstwie Magii jako auror. Bardzo się o niego bałam. Kiedy tak siedziałam, usłyszałam za sobą szelest liści. Odwróciłam się gwałtownie. Przyglądał mi się jakiś chłopak. Siedział w cieniu drzew. Miał jasno - brązowe włosy i miodowe oczy. Twarz miał oszpeconą bliznami, ale mimo tego był dość przystojny. Uśmiechnął się do mnie blado i dopiero wtedy go poznałam, to był Remus Lupin. Jeden z Huncwotów (ten najgrzeczniejszy). Uśmiechnęłam się lekko do niego i zapytałam:
- Czemu siedzisz w krzakach? - wzruszył ramionami. Nigdy nie był zbyt rozmowny. 

- Nie chciałem Ci przeszkadzać - powiedział. Miał bardzo przyjemny głos. Podszedł do mnie i usiadł obok. Na szacie połyskiwała odznaka prefekta. Popatrzył na mnie z powagą. Czułam jak jego wzrok zagląda w moją duszę. Nigdy nie zauważyłam, że miał takie ładne oczy. 

- Czemu mi się tak przyglądasz?

- Zastanawiam się czemu jesteś taka smutna - odpowiedział. Westchnęłam, nie miałam ochoty nikomu mówić co się dzieje, ale chłopak nie przestawał na mnie patrzeć.

- A ty byś nie był, gdyby twoi przyjaciele zaginęli bez żadnej wiadomości? - powiedziałam w końcu. Remus pokiwał ze zrozumieniem głową. Odwrócił wzrok. Wydawało mi się, że zrozumiał. Siedzieliśmy przez dłuższy czas w ciszy. Wpatrywałam się w gwiazdy. Chłopak co jakiś czas rzucał płaskim kamieniem o taflę wody robiąc kaczki. Nie było zimno więc było przyjemnie. Na błoniach uczniowie co jakiś czas wybuchali śmiechem. Ali dała sobie spokój z szukaniem mnie i poszła do zamku.

- Boisz się, że dzieje się coś złego, a nikt nie chce Ci powiedzieć co to takiego, prawda? - zapytał w pewnym momencie Remus. Popatrzyłam na niego przerażona. Wydawało mi się, że chłopak potrafi czytać w myślach. Powiedziałam mu o dziwnym zachowaniu mojego wujka i milczeniu rodziców. Pokiwał głową.

- Profesorowie też milczą - dodałam. - Tak jakby zniknięcie dwóch uczniów było czymś normalnym.

- Twój brat też nic nie wie? - zapytał. - Jest aurorem, prawda?

- Jest na jakiejś misji - odpowiedziałam. - Skąd wiesz, że pracuje w Ministerstwie?

- Świat jest mały - zaśmiał się chłopak z tajemniczym uśmiechem.

- Jesteś bardzo tajemniczy - powiedziałam.

- Podobno tak jest - odpowiedział. Lepiej już chodźmy, zaraz kolacja. Nie wybada się spóźnić.

- Tak, masz rację - stwierdziłam. Chłopak wstał pierwszy i podał mi rękę.

   W Wielkiej Sali było tłoczno. W tłumie wypatrzyłam Alison, siedział przy stole z Lily i Cornelią. Obok nich siedzieli pozostali Huncwoci. James był wniebowzięty, ponieważ Lily od jakiegoś tygodnia była jego dziewczyną (wreszcie zauważyła, że on ją naprawdę kocha).

- Szukałam Cię! - krzyknęła na mnie Ali. Miała obrażoną minę.

- Przepraszam - powiedziałam. - Nie miałam ochoty z nikim rozmawiać.

   Ali popatrzyła na mnie, potem na Remusa i znowu na mnie. Wzruszyłam ramionami i usiadłam między Cornelią i Remusem. Oczywiście dyrektor nie powiedział nic na temat jakiegokolwiek zagrożenia. Po kolacji poszliśmy do pokoju wspólnego. Huncwoci zrobili rozróbę, jak zwykle. Razem z dziewczynami usiadłyśmy przy kominku. Opowiedziałam im, dlaczego przyszłam z Remusem. Oczywiście nie uwierzyły. Dlaczego w tym wieku większość osób ma takie dziwne myśli?
   Poszłam bardzo wcześnie spać. Śniło mi się, że spaceruję po Zakazanym Lesie z jakimś chłopakiem. Najpierw myślałam, że to Josh, potem stwierdziłam, że to Eric. Na końcu chłopak okazał się Lupinem. Nie pamiętam końca snu, ale jestem przekonana, że ktoś zginął.
   Na lekcjach udawałam, że słucham, ale tak naprawdę nie miałam pojęcia o czym nauczyciele mówią. Po zajęciach wyszłam na błonia. Było rześko. Pogoda zaczęła się zmieniać. Poszłam w moje ulubione miejsce, tam gdzie wczoraj siedziałam nikt nie przychodził, no chyba, że Remus znowu będzie chciał ze mną porozmawiać.
 
   Położyłam się na piasku. Powietrze było wilgotne. Zamknęłam oczy, chyba zasnęłam.

- Lucy - usłyszałam nad sobą czyjś głos. Myślałam, że to Remus przyszedł na plażę, ale kiedy otworzyłam oczy zobaczyłam nieznajomego chłopaka, przynajmniej na początku wydawał mi się nieznajomy. Miał blond włosy. Odetchnęłam, kiedy spojrzałam mu w oczy.

- Josh? - zapytałam. Odetchnął, kiedy to powiedziałam.

- Bałem się, że mnie nie poznasz - powiedział. Rozglądał się nie spokojnie.

- Co się dzieje? - zapytałam. - Czemu nie chodzicie do szkoły? Gdzie jest Eric? - teraz zauważyłam nieobecność drugiego brata. Josh milczał. Widziałam, że bije się z myślami. W pewnym momencie upadł na kolana, na piasek i ukrył twarz w dłoniach. Położyłam mu dłoń na ramieniu. Trząsł się, wiedziałam, że nie z zimna.

- On - zająknął się. Płakał. - On... nie żyje. Śmierć... Śmierciożercy wpadli do naszego domu, na początku wakacji i... On stanął między matką, a jednym z nich i... i dostał Avadą. Nie mogłem nic zrobić! Potem wywlekli z domu rodziców. Miałem szczęście, że nie było mnie wtedy w salonie. Kiedy usłyszałem, że przeszukują dom wyskoczyłem przez okno w moim pokoju i pobiegłem do lasu, jak najdalej domu. Wdrapałem się na jakieś drzewo i obserwowałem poczynania sług Voldemorta.

- Zabrali Twoich rodziców? - zapytałam. Pokiwał głową. Miał zaczerwienione oczy, wciąż płakał.

- Jak tu dotarłeś? Jak udało Ci się udało odnaleźć Hogwart?

- Nie było trudno. Leciałem wzdłuż torów - odpowiedział. - No tak, ty jeszcze nie wiesz - stwierdził, kiedy zobaczył moją minę. - Dzięki lekcjom z McGonagall, udało mi się opanować sztukę transmutacji w tym stopniu, że potrafię zmieniać się w pegaza - pochwalił się.

- Koń ze skrzydłami? - zapytałam z niedowierzaniem. - Myślałam, że można zmieniać się tylko w zwierzęta, które są znane mugolom.

- Zawsze byłem inny - odparł.

- W to nie wątpię, ale musisz powiedzieć Dumbledore'owi, o tym co się stało.

- Nie ma mowy! - pokręcił głową. - Sam sobie poradzę!

- Czy ty wiesz o czym mówisz?! Twoi rodzice zostali porwani przez Tego - Którego - Imienia - Nie - Wolno - Wymawiać! To nie są żarty, Josh - powiedziałam, ale wiedziałam, że nie przekonałam go.

- Jedyną osobą, której boi się Voldemort, jest Dumbledore! Powiedz mu to. Poproś o pomoc. On nie odmówi.

- Ale karze mi się odsunąć, powie, że to jest niebezpieczne. Żebym się nie wtrącał! - źrenice mi się powiększyły. Twarz wyglądał staro. Wyglądał strasznie. Złapałam go za rękę. Trochę się uspokoił. Patrzyłam mu w oczy. Dyszał ciężko. Jakiś czas później zasnął. Położył głowę na moich kolanach i ciężko oddychał. Podejrzewałam, że od dłuższego czasu nie może spać, że boi się spać sam.

   Dzięki temu, że chłopcy dzielili się z nami lekcjami z panią profesor, nauczyłam się wysyłać wiadomości patronusem. Machnęłam różdżką i posłałam mojego białego konia z wiadomością do dyrektora. Nie czekałam długo na pomoc. Z daleka widziałam profesora Dumbledore'a i profesor McGonagall. Za nimi szli Huncwoci. Musieli być przy tym, jak patronus dotarł z wiadomością, w innym przypadku nie zostaliby poinformowani i poproszeni o pomoc.

   Ułożyliśmy Josh'a na jego łóżku w dormitorium. Jęknął cicho, ale się nie obudził. Musiał być bardzo wyczerpany. Opowiedziałam o wszystkim nauczycielom i pozostałym obecnym w dormitorium. Dyrektor miał poważną minę. Przyjaciele byli przerażeni. Alison rozpłakała się, kiedy powiedziałam, że Eric nie żyje. Syriusz zaczął ją pocieszać, ale niewiele to dało. Kiedy zakończyłam opowieść tym, że chłopak prawdopodobnie od jakiegoś czasu mieszkał w Zakazanym Lesie, dyrektor szepnął coś do McGonagall i wyszedł z pomieszczenia.

- Zajmijcie się chłopakiem - zwróciła się do nas nasza opiekunka i także wyszła z pokoju. Popatrzyłam na Josh'a. Kiedy spał nie podtrzymywał magii i jego twarz wyglądała, tak jak ją zapamiętałam. Blizna na jego twarzy była teraz bardziej widoczna. Włosy sięgały łopatek. Policzki miał zapadnięte.

- Musiał dużo przeżyć przez ten czas - odezwał się Kali. Był jednym z bliższych przyjaciół bliźniaków. Podszedł do mnie i położył mi rękę na ramieniu. - Zajmiemy się nim - zapewnił mnie. Lekko się uśmiechał. Cieszył się, że wie co się dzieje z jego kumplem. Wbrew pozorom też cieszyłam się z tego, że wiem co się dzieje. Przynajmniej mogę coś zrobić.

- Mogę zostać tu na noc? - zapytałam.

- Wszyscy zostaniemy - zaproponował James. - Oczywiście jeśli nie macie nic przeciwko temu.

- Nie ma problemu - powiedział Kali.

   Ali cały czas chlipała w kącie w objęciach Syriusza. Chłopak był z tego powodu zadowolony. Lily i James zasnęli na jednym z łóżek.

   O północy nie spałam tylko ja i Remus. Obydwoje wpatrywaliśmy się w niebo.

- Za kilka dni pełnia - stwierdziłam. Chłopak jęknął. Wyglądał mizernie. Pod oczami miał ciemniejsze cienie niż zwykle. - Nie lubisz pełni?

- Czyli nie wiesz, o moim problemie? - zapytał cicho. Pokręciłam głową. Zaśmiał się. - Myślałem, że przynajmniej połowa szkoła o tym wie. Nie sądziłem, że Snape będzie trzymał język za zębami.

- O czym mówisz? - zapytałam zaciekawiona.

- Boję się, że będziesz się mnie bać - odparł.

- Zawsze jest ryzyko. I tak już podejrzewam, że masz likantropie - oznajmiłam. Popatrzył na mnie z przerażeniem. - Myślałeś, że to że co miesiąc wszyscy Huncwoci znikają w pełnie nie umknie nikomu?

- Mogliśmy to lepiej rozegrać. Masz rację - zaśmiał się. Przyłożyłam mu dłoń do policzka. Złapał ją i zamknął oczy

- Lily wiedziała wcześniej, prawda? - pokiwał lekko głową nie otwierając oczu. To dlatego wczoraj tak dziwnie się na mnie patrzyła.

   Około drugiej w nocy wreszcie zasnęłam. W sennej rzeczywistości widziałam twarz Lorda Voldemorta, który śmiał się ze swojego sukcesu.

~ Moony