piątek, 11 września 2015

Koniec!

Witajcie.
Postanowiłam skończyć z wstawianiem postów. Mam w planie kiedyś dokończyć opowiadanie, ale w innej formie. Na teraz kończę i nie wiem, kiedy znowu zacznę coś wstawiać.
Pozdrawiam i życzę udanego weekendu :)

~ Moony

środa, 12 sierpnia 2015

Rozdział 10. ~ Moony

Opowiadanie 1. "Lucy Fox w świecie magii"Autor - Moony
Korekta - Moony
Rozdział 10. "Jeszcze kilka dni!"

   Siedzieliśmy przed kominkiem w pokoju wspólnym. Za oknami było już całkiem ciemno.
   Dwa dni temu dostaliśmy wiadomość od mojego brata, że Łapa i Josh są już bezpieczni w szpitalu. Nauczyciele nie pozwolili nam do nich pojechać…
- Umiesz to zrobić? - zapytała mnie Ali pokazując jedno z zadań, które miała rozwiązać na numerologię. Pokręciłam przecząco głową. - A wy? - Zwróciła się w stronę Huncwotów.
- Nie umiem numerologi – wzruszył ramionami Peter. Reszta Huncwotów też nie umiała pomóc.
- Idę szukać pomocy gdzie indziej – Alison wstała z podłogi i weszła w tłum uczniów.
   Spojrzałam na swój pergamin, był na niej koślawy rysunek jakiejś rośliny. Westchnęłam i zabrałam się za opisywanie poszczególnych części jej budowy.
- Nie, tak nie możemy zrobić – usłyszałam głos Remusa.
- To jak mądralo? Inaczej się nie da.
- Rogacz… To jest najbardziej uczęszczany korytarz… Trzeba przejść tędy, potem tu…
   Jak zawsze planowali jakiś psikus.
- Nie martwicie się o chłopaków? - zapytałam.
- Są u Świętego Munga… Co może im się stać? - James włożył sobie do ust całe ciasteczko.
- Nie napisali żadnego listu… Może coś jest nie tak?
- Pisz do brata – Lupin podał mi pergamin i swoje pióro i wrócił do studiowania mapy.
   Dopiero teraz zauważyłam, że chłopaki siedzą razem na jednym fotelu, trzeba dodać, że fotel był bardzo ciasny.
   Odłożyłam na bok pióro Lunatyka i wzięłam się za pisanie listu.

Luck!
Co z chłopkami? Martwię się, bo nic nie napisali.
Uściskaj rodziców. Buziaki Lucy.

- Moja sowa jest w sowiarni – powiedziałam. Nikt nie zareagował. - James? Pożyczysz pelerynę?
   Rogacz wyciągnął z torby materiał i podał mi go. Wyszłam z pokoju i zeszłam na dół. Cały czas myślałam o chłopakach, czy pozostali nie mogli zrozumieć, że bardzo się o nich martwię? Usłyszałam za sobą szybkie kroki. Odwróciłam się gwałtowinie.
   Za mną stała czarnowłosa dziewczyna. Miała intensywnie niebieskie błyszczące oczy.
- Cornelia – odetchnęłam. Moja koleżanka z dormitorium była ode mnie wyższa o głowę. Wyglądał na starszą niż rzeczywiście była.
- Mogę iść z tobą? - zapytała Ross. Nakryłam się peleryną i zachęciłam ją ręką.
   Skierowałyśmy się do sowiarni. Było chłodno i kropił deszcz. Aż do wrót wierzy nie odzywałyśmy się do siebie, żeby nikt nas przypadkiem nie usłyszał.
- Do brata? - zapytała moja towarzyszka, kiedy wypatrywałam swojej sowy.
- Tak…
- Chcesz wiedzieć co u Twoich przyjaciół? - dopytywała się.
   Spojrzałam na nią z ciekawością.
- Ty chcesz się pewnie dowiedzieć co z Łapą – stwierdziłam.
- Daj spokój, on mi jest całkowicie obojętny… Ale inne dziewczyny się dopytują i chcą wiedzieć. Nie wiem co one w nim widzą… W każdym razie poprosiły mnie, żebym zapytała Cię co z nim…
   Westchnęłam i weszłam wyżej. Znalazłam tam moje ptaka i przywołałam go do siebie.
- Na pisałam ten list, właśnie, żeby się wszystkiego dowiedzieć… Nie tylko twoje koleżanki chcą się dowiedzieć co Z Syriuszem… Niestety moi przyjaciele są nadzwyczaj spokojni.
- Huncwoci tacy są… Nigdy ich nie lubiłam… Najgorszy jest Lupin… Zawsze taki poważny i… Co Ci jest?!
   Przed samą twarzą dziewczyny, zobaczyłam swoją różdżkę. Byłam całkowicie zaskoczona, że zareagowałam tak na niepochlebną wzmiankę o Remusie. Cornelia miała prawo myśleć oni co chciała.
- Nie mów tak o nim – warknęłam i opuściłam różdżkę. - To jest bardzo inteligentny i zabawny chłopak…
   Podniosłam kopertę i wypuściłam sowę z przesyłką.
- Jasne… On jest drętwy... To już drzewo jest bardziej zabawne.
- Wracasz sama – oznajmiłam i w biegu opatuliłam się peleryną. Kiedy się odwróciłam, zobaczyłam, że Cornelia rozgląda się po błoniach. Uśmiechnęłam się do siebie. Tak to właśnie jest, kiedy obraża się moich przyjaciół.
   Kiedy biegłam nie zauważyłam, że w moją stronę biegnie jakiś chłopak i wpadłam na niego. Oboje przewróciliśmy się na mokrą trawę.
- Lucy? - zapytał Lupin. Zdjęłam pelerynę i spojrzałam na niego, cały czas leżeliśmy na ziemi.
- To ja – odpowiedziałam z uśmiechem. Pomógł mi wstać i zaczęliśmy się otrzepywać. - Po co tu biegłeś?
- Miałem nadzieję, że złapię Cię w sowiarni i nie wyślesz jeszcze listu – wytłumaczył. - Łapa wysłał list, dostaliśmy go zaraz, jak wyszłaś, ale nie miałem, jak pobiec, bo w naszym rejonie był Filch…
- No cóż… List poleciał. Możemy wysłać następny.
- Masz rację. - Uśmiechnął się. - Wracajmy, bo zaczyna mocniej padać.
   Nakryliśmy się peleryną i poszliśmy w stronę zamku.
- Spotkałam Cornelie Ross – wyszeptałam. Pokiwał głową. - Poszła ze mną i wypytywała o Łapę, a potem zaczęła was obrażać… Ciebie najbarddziej.
- W oczach ludzi, nie jestem zbyt zabawny. Nie lubią mnie, bo jestem poważny i inny. Śmieją się, że dyrektor mianował mnie prefektem, bo nikogo nie lubię i trzymam się sztywno każdej zasady.
- To nie prawda…
- Ale inni tego nie wiedzą… Słuchaj – stanęliśmy we wnęce korytarza. Remus złapał mnie za dłonie i spojrzał prosto w oczy. - Ludzie nie lubią osób, które się nie śmieją… Uczniowie uważają, że jestem kujonem i nie umiem się bawić. Nikt nie wie, że to dzięki mnie, kawały Huncwotów się udają… Profesorowie też tego nie wiedzą – uśmiechnął się pod nosem.
- Czemu nie dasz im się poznać? Przecież jesteś bardzo zabawny i inteligentny. Masz też sporo uroku osobitego.
- Dzięki – uśmiechnął się szeroko. - Nie powinniśmy stać dłużej w jednym miejscu. Wracajmy do pokoju.
   Wdrapaliśmy się po licznych schodach i stanęliśmy przed obrazem Grubej Damy.
- Co wy tu robicie, tak późno? - zdziwił się obraz.
- Karmelki w czekoladzie – odparł Remus. Dama westchnęła i wpuściła nas do środka.
   W pokoju zrobiło się mniej tłoczno. Przyjaciele siedzieli w tym samym miejscu. James razem z Kalim i Mattem studiowali mapę.
- Gdzie list? - zapytałam. James pokazał na dywan nie odrywając się od wykonywanej czynności. Usiadłam na dywanie i wzięłam list w dłonie.

Kochani!
Poprzednio zawiadamiał Syriusz, to teraz pora na mnie.
Mieliśmy dużo szczęścia, gdyby nie wysoki poziom adrenaliny, a potem szybka reakcja uzdrowicieli, byłoby po nas.
Jesteśmy bezpieczni w Świętym Mungu. Moi rodzice przesyłają Lucy pozdrowienia. Opowiedziałem im wszystko… Nie zareagowali zbyt dobrze, szczególnie na wzmiankę o dziadkach…
Wy pewnie nic nie wiecie, ale za kilka dni wracamy do szkoły i wszystko wam opowiemy.
Josh i Łapa

- Czyli Twoje obawy mogły być słuszne – powiedział przepraszająco Remus. - Mogło im się coś stać. Pewnie nie dostawali jedzenia, ani picia…
- Kali… Nie bądź śmieszny – James patrzył na blondyna z rozbawieniem. - Takie coś nigdy się nie uda!
- Wierzę w was… - Kali poklepał Rogacz po plecach i usiadł obok mnie. Miał na sobie swoją nieodłączną skórzaną kurtkę, T-shirt, dżinsy i tenisówki. - Jak się masz? - zapytał.
- Lepiej niż kilka dni temu – przyznałam i uśmiechnęłam się do niego.
- Nie no ja się poddaję! - Wykrzyknął Potter. - Koniec psot!
- Daj spokój – zaśmiał się Matt. - To nie jest zły pomysł.
- Nie… Pożar w damskim kiblu, to genialny pomysł.
- Co?! - zdziwiła się Lily, która właśnie podeszła. - Co ty knujesz James?
- Ja?! Nic… To ich pomysł – pokazał Kalego i Matta.
- Można by pomyśleć – zastanowił się Remus. - Wybrać odpowiednie paliwo, rozpałkę i porę dnia.
- Lunatyk! Ty mnie nawet nie denerwuj. - Chłopak wyszczerzył się do niej i wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem. W tym momencie do pomieszczenia, z hukiem weszła Cornelia Ross. Stanęła przy wyjściu i zaczęła się wściekle rozglądać.
   Kiedy mnie znalazła, wycelowała we mnie palcem i podeszła zamaszystymi krokami.
- Przez Ciebie mam szlaban! Dwa tygodnie mam sprzątać u Slugchorna!
   Przyjaciele popatrzyli na mnie zaskoczeni. Starałam się nie wybuchnąć śmiechem. Ross ociekała wodą, a wokół niej utworzyła się już spora kałuża.
- Nie miałam wyjścia – powiedziałam spokojnie. - Teraz wiesz, że moich przyjaciół się nie obraża.
- Nie wierzyli mi nawet, jak mówiłam, że poszłam z tobą i, że groziłaś mi różdżką…
- Poważnie? - James parsknął śmiechem. - Groziła Ci? Ona?
- A co? - Cornelia spiorunowała go wzrokiem. - Nie jest takim aniołkiem…

- Nikt nie sądzi, że ona jest aniołkiem. To twarda baba – stwierdził Rogacz.
- Dzięki Potter – odpowiedziałam. - Aha… I możesz zobaczyć, że Remek umie się uśmiechać – wskazałam na uśmiechniętego Lunatyka. - I możesz to przekazać innym… Lupin umie się i bawić.
   Wściekła czarnowłosa poszła do dormitorium.
- Zdajesz sobie sprawę, że mieszkasz z nią w dormitorium? - zapytał Kali.
- A przed nami jest noc? - dodał jego przyjaciel.
- Wszystko jest pod kontrolą – zapewniłam ich. - Pomożesz mi z tym? - wskazałam na zadanie z transmutacji i spojrzałam na Kalego.
- Jasne – odpowiedział i zabraliśmy się do pracy.
   Kiedy weszłam do dormitorium Cornelia już spała. Miała mokre włosy. Coś mruczała przez sen.
- Mam nadzieję, że rano zejdziemy razem na śniadanie – powiedziała Ali patrząc na koleżankę. Zaśmiałam się cicho.
Cornelia na ogół była spokojna i pogodna, nigdy nie widziałam jej tak wściekłej.
- Wolne – oznajmiła Lily wychodząc z łazienki. Chwyciłam szybko moją piżamę i zamknęłam drzwi przed nosem Ali, ze śmiechem na ustach.
   Tej nocy, pierwszy raz od kilku nie miałam koszmarów i spałam, jak dziecko.
   Obudziłam się pół godziny przed budzikiem. Zeskoczyłam na podłogę, zebrałam swoje rzeczy i pierwsza skorzystałam z łazienki. Wzięłam orzeźwiający prysznic, wyszłam dopiero, kiedy moje współlokatorki zaczęły się niecierpliwić.
- Ile można siedzieć w kiblu – warknęła Cornelia i trzasnęła drzwiami.
- Już chciała iść do innych dziewczyn… W ostateczności do chłopaków – zachichotała Ali.
   Ze śmiechem na ustach zeszłam na dół. W pokoju wspólnym było już sporo osób.
- Stary… Ty mnie w ogóle nie słuchasz. - Jęczał Remus. - Mówiłem wczoraj, że tak się nie uda…
- Cześć chłopaki. - Przywitałam się.
- Siema – nawet na mnie nie spojrzeli.
- Co kombinujecie? - zapytałam.
- Zobaczysz – odpowiedział tajemniczo James.
- Okej… Idziecie na śniadanie?
- Zaraz… Musimy coś obgadać – odparł Lupin. Wzruszyłam ramionami i wyszłam z pokoju.
   Spacerkiem zeszłam do Sali Wejściowej. Kręciło się tam kilku uczniów.
- Lucy! - usłyszałam za sobą znajomy głos. Odwróciłam się i zobaczyłam biegnącego w moją stronę Severusa Snapa.
- Sev – uśmiechnęłam się lekko. Chciałam być miła, szczególnie, dlatego, że chłopak od świąt pomagał mi potajemnie z zadaniami na eliksiry.
- Możesz to dać Lily? - Podał mi zapieczętowaną kopertę. - To dla mnie ważne.
- Nie ma sprawy – uśmiechnęłam się. - Idziesz na śniadanie?
   Uśmiechnął się i weszliśmy razem do Wielkiej Sali. Rozeszliśmy się do swoich stołów. Usiadłam obok Kalego i Matta.
- Jak się spało? - zapytał Matt.
- Wspaniale – odpowiedziałam z uśmiechem.
- A jak Cornelia?
- Wściekła, ale chyba zaczyna jej przechodzić.
- To dobrze – ucieszył się Matt. - Dorcas! Ej czekaj!
   Wstał od stołu i pobiegł za długowłosą dziewczyną. Popatrzyłam za nimi, a potem nałożyłam sobie jedzenia. Jedliśmy z Kalim w ciszy.
   Kiedy nakładałam sobie kolejną porcję, dołączyli do nas nasi przyjaciele.
- Gdzie Matt? - zapytał James.
- Poleciał za Dorcas – odpowiedział Kali. - Przemyśleliście nasz pomysł?
- Daj spokój… - Huncwoci usiedli naprzeciwko nas, a Ali i Lily obok mnie.
   Po śniadaniu wróciłyśmy do dormitorium po książki zeszłyśmy na Zielarstwo. Kiedy wyciągnęłam swoją pracę domową, z plecaka wypadła mi koperta, zaadresowana do Lily. Przypomniało mi się poranne spotkanie ze Snapem.
- To dla Ciebie. - Dałam Evans list i zaniosłam pracę domową pani Sprout.
- Skąd to masz? To od Seva.
- Spotkałam go przed śniadaniem. Pewnie nie chciał Ci tego dawać w towarzystwie Jamesa.

~ Moony

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Konkurs?

Nie wiem czy to można nazwać konkursem, ale mam pewien pomysł. Żeby trochę was rozruszać, wymyśliłam, żebyście narysowali fanarty z postaciami z bloga :)
Rysunki wysyłajcie na maila
lunatykmoony@gmail.com

Najlepsze rysunki udostępnię na blogu :) Powodzenia!
~ MOONY

środa, 29 lipca 2015

Rozdział 9 ~ Moony

Opowiadanie 1. "Lucy Fox w świecie magii"Autor - Moony
Korekta - Moony
Rozdział 9. "Goście w Hogwarcie. Uratowani!"

JOSH I SYRIUSZ

- Nie hałasuj tak, próbuję myśleć – Josh skarcił przyjaciela. Przez okna piwnicy wpadało blade światło księżyca.
- Zamiast marudzić pomóż mi rozwiązać węzły… - Syriusz zaczął się wiercić. - Dasz radę sięgnąć do paska moich spodni?
- To pomoże? - Josh złapał skórzany pasek.
- Pociągnij w prawo – zrobił, jak kazał. - Masz klamrę? - zapytał Syriusz, gdy przyjaciel mocował się z paskiem. Josh mruknął coś niezrozumiale, miało to chyba znaczyć, że ma. - Rozepnij. Mam tam schowek, a w nim nóż… Chyba, że to nie ten pasek…
- Mądre, szkoda, że wcześniej o tym nie pomyślałeś… - chwilę szukał noża, nie było to proste, był zdany tylko na wyczucie. - Coś mam… Auć, tak, to nóż.
- Tnij sznur! Szubko!
- Zamknij się! Mogą usłyszeć.
Kiedy udało mu się uwolnić siebie i przyjaciela, zaczęli się zastanawiać, jak mają uciec niezauważeni.
- Po ogrodzie chodzi kilka nóg – zauważył Syriusz, gdy ostrożnie wyjrzał przez małe okienko.
- Pilnują, żeby nikt nie wszedł ani nie wyszedł… - odpowiedział Josh schodząc ze schodów. - U góry chyba nikogo nie ma. W każdym razie nic nie słychać.
- Może spróbować otworzyć drzwi Alohomorą? - dopiero, kiedy Łapa to powiedział, zauważył, że było głupie. Śmierciożercy zabrali im różdżki. - Przynajmniej, przez chwilę, miałem pomysł – wzruszył ramionami. Chwilę szukali czegoś do wyważenia drzwi, ale nic nie nadawało się do tego zadania. Syriusz wyjrzał przez okno, nic się nie zmieniło, tylko księżyc zmienił swoją pozycję. Włożył ręce do kieszeni, w prawej coś go uwierało. Wyciągnął z niej kawałek szkła i o mało nie krzyknął z radości. Josh zaglądnął mu przez ramię.
- Co to?
- To mój drogi, jest kawałek szkła, który służy do komunikowania się z osobą, która ma takie samo lusterko – wytłumaczył przyjacielowi Łapa.
- I jak ono ma nam pomóc?
- Patrz i się ucz… Rogaś! - za ten wrzask dostał od Josha po głowie. - Ała… Spoko, koleś.

LUCY

Kiedy w pokoju rozległ się wrzask, wszyscy podskoczyliśmy. James spojrzał na lusterko, które cały wieczór obracał w dłoni.
- Łapa! Ty żyjesz! - ucieszył się. Ściągnął z kolan Lily i usiadł na dywanie, przed kominkiem. Popatrzyliśmy na kawałek szkła i zobaczyliśmy ciemny zarys twarzy Syriusza. Zainteresował się też Peter, który cały wieczór spacerował za kanapą. - Nic wam nie jest?
Oprócz bólu głowy, który zafundował mi właśnie Josh jest ok – zaśmiał się Łapa.
Nikt nie słyszał, twojego ryku, ale na przyszłość… Nie drzyj się tak – w polu widzenia pojawił się Josh. - Wiadomo coś o moich PRAWDZIWYCH rodzicach? 
- Leżą w Świętym Mungu, nic im nie jest – odpowiedziałam, chłopak uśmiechnął się.
Jak już stąd wyjdziemy, odwiedzę ich. Teraz, bardzo proszę, poinformujcie kogoś, żeby nas uratowano… Jeśli do jutra nikt nie przyjdzie, sami to zrobimy.
- Ty chyba chory jesteś… Sami nie dacie rady – powiedział James. - Łapa, obiecaj mi, że nie zrobicie nic głupiego.
Stary, czy ja kiedykolwiek zrobiłem coś głupiego? Damy radę… I pamiętajcie, czekamy do jutra.
Syriusz… Ani się waż – w szkiełku zobaczyliśmy swoje odbicie. - To tak… To by było na tyle, pisz do Luck'a. Już!
Wysłałam zaszyfrowany list. Razem z bratem wymyśliliśmy kod więc mogłam być pewna, że nikt nie rozszyfruje wiadomości.
- Ile tej sowie, zajmie dostarczenie listu? - zapytała Lily. Wzruszyłam ramionami, nie zastanawiałam się nigdy nad tym.
- Ja bym jeszcze, poszedł powiedzieć dyrektorowi… Ale skończy się to jak zwykle – powiedział Remus.
Minęło sporo czasu, zanim udało mi się zasnąć, przytuliłam się do pluszowego wilka, którego dostałam od brata na święta (Remus nie był zadowolony, z formy zabawki).
Podczas śniadania, w Wielkiej Sali było ciszej niż zwykle. Uczniowie siedzieli na ławach i szeptali między sobą albo wcale się nie odzywali. Dyrektor był tego dnia bardzo zdenerwowany.
Dopiero po czwartej lekcji okazało się, że w Hogwarcie są aurorzy i Minister Magii, którzy rozmawiają z Dumbledorem o czymś bardzo ważnym.
- Twój brat, na pewno powiedział im o Twoim liście – powiedział James, kiedy szliśmy na boisko, w przerwie między lekcjami.
- Mam nadzieję, że zaczną robić coś w kierunku uratowania chłopaków – odezwała się Ali. - Siedzą tam już tydzień.
James poszedł się przebrać, a my skierowaliśmy się na trybuny.
 
- Peter nie chciał przyjść? - zapytałam.
- Podobno miał coś ważnego do załatwienia, w bibliotece – odpowiedział bezbarwnie Remus.
Na boisku brakowało tylko Syriusza, drużyna miała kogoś w zamian, ale musieli przyznać, że Łapa jest niezastąpiony. Wypytywali nas o niego, ale nie mogliśmy wiele powiedzieć.
Kiedy wieczorem, po kolacji usiedliśmy przed kominkiem, byliśmy wyczerpani. Minister i aurorzy wyjechali zaraz po ostatniej lekcji.
- Myślicie, że Hagrid będzie coś wiedział? - zapytał James.
- Jest już za późno, będziemy mieć problemy – odpowiedziała Alison. Chciała już iść do dormitorium.
- Znam sposób, żeby przejść niezauważonym.
- Niewidka? - zapytał Remus, siedział z zamkniętymi oczami i dumał. Rogacz z triumfalnym uśmiechem wyciągnął z torby pelerynę.
- To kto idzie ze mną? - Lunatyk ziewnął i otworzył oczy.

HUNCWOCI

Hagrid nie był zachwycony wizytą Huncwotów.
- Kiedyś się doigracie… Nie powinniście tak późno wychodzić z zamku – powiedział, kiedy stawiał przed chłopcami kubki z parującą herbatą i ciasteczka.
- Chcemy tylko wiedzieć, po co był tu Minister Magii – odezwał się James. Hagrid spojrzał na niego i westchnął.
- Dumbledore opowiedział im tą całą historię o waszych przyjaciołach – odpowiedział gajowy.
- Czyli czegoś się dowiedzieli? - zapytał z nadzieją Remus. Wielki przyjaciel wzruszył ramionami.
- Sam jestem ciekaw, co z nimi. Martwię się tak jak wy.
- Dostaliśmy od nich wiadomość – oznajmił James i przyjaciele opowiedzieli olbrzymowi, wszystko co wiedzieli. Gajowy wysłuchał opowieści w ciszy, potem jeszcze bardziej się zmartwił.
Huncwoci wślizgnęli się do zamku, a potem najkrótszą drogą dotarli do pokoju wspólnego. Nikogo już tam nie było więc poszli do swojego dormitorium. James prawie od razu zasnął, a Remus jakiś czas patrzył w księżyc.

JOSH I SYRIUSZ

W piwnicy było jasno. Chłopcy spacerowali w tę i z powrotem.
- Podsumowując – odezwał się Łapa, przerywając ciszę. - Wybawcy się spóźnili, a my nie mamy różdżek. Z drugiej strony, gdybyśmy je mieli, nie możemy czarować poza Hogwartem…
- Taaa… To prawo niekiedy mocno przeszkadza – Josh zszedł po schodach. - W kącie stoją butelki z wodą, daj jedną. Bez picia, długo nie przeżyjemy – wyjaśnił, kiedy zobaczył spojrzenie przyjaciela. Syriusz podał Josh'owi jedną butelkę, a drugą zostawił dla siebie.
- Żaden z tych zamaskowanych tu już dzisiaj nie przyjdzie – oznajmił Łapa. - Jeden tu przyszedł, kiedy spałeś. Naściemniałem mu, że jakiś z jego kolesi rozwiązał nas i tak zostawił. Kretyn to łyknął i wrócił na górę.
- Więc do jutra mamy spokój, ale chciałbym się stąd wydostać jeszcze dzisiaj… - Syriusz pokiwał głową i pociągnął łyk z butelki.
Josh szukał czegoś, co mogłoby się nadawać na wyważenie drzwi. Dziadek trzymał w piwnicy różne narzędzia.
- To są idioci – stwierdził, kiedy w jednym z pudeł znalazł łom. - Nie chciało im się nawet przeszukać piwnicy i zabrać narzędzi.
- Tym lepiej dla nas – stwierdził Syriusz podnosząc cię z ziemi i otrzepując spodnie. - Uda Ci się tym rozwalić drzwi?
Weszli po schodkach i nasłuchiwali. Wyglądało na to, że w domu nie ma żadnego Śmierciożercy. Josh wsadził końcówkę łomu, między framugę, a drzwi. Musiał mocno ją wcisnąć, co nie było łatwe. Łapa cały czas nasłuchiwał. Łom trzymał się w szparze i Josh naparł na niego, potem pociągnął do siebie i znów naprał, powtórzył tą czynność kilka razy.
- Chyba się udało – stwierdził, gdy coś cicho chrupnęło.
- Chyba? - zapytał Syriusz. Obaj odsunęli się od drzwi i Josh popchnął je lekko, ustąpiły.
- Dziadek będzie musiał naprawić zamki – mruknął pokazując przyjacielowi framugę i zamek.
W przedpokoju nikogo nie było. Chłopcy po cichu wyszli z piwnicy i zamknęli za sobą drzwi. Żaden nie miał ochoty oddalać się od drugiego, było to głównie spowodowane utratą różdżek. Syriusz został przy drzwiach salonu, a Josh chwilę się w nim rozglądał. Było mało prawdopodobne, że Śmierciożercy ukryli różdżki w domu, ale po nich można się było wszystkiego spodziewać. Chłopak chwilę stał na środku salonu i zastanawiał się, jak można odzyskać ten niezbędny przedmiot.
- Jak Ci idzie? - do pokoju zajrzał Łapa. Widać było, że się boi.
- Myślę, ale wątpię, żeby różdżki były w domu… Mam! - prawie krzyknął i rzucił się do najniższej szuflady w komodzie. Syriusz wrócił do nasłuchiwania. Przestępował z nogi na nogę, nie był zadowolony, że stoi na widoku. Josh w tym czasie przeszukiwał szuflady w komodzie. W najwyższej znalazł to, czego szukał. Ułożył zawartość szuflady we względnym porządku i wyszedł do przyjaciela. Syriusz spojrzał na przedmiot w ręku przyjaciela.
- Skąd…? - Josh uciszył go i popchnął w kierunku drzwi wejściowych. Wyjrzeli przez wizjer. Na zewnątrz cały czas spacerowali Śmierciożercy.
- Szczerze mówiąc, mogli zostawić tu jednego albo dwóch… - stwierdził cicho Josh.
- Co z Twoimi dziadkami? Gdzie ich mogli zabrać. - Josh zastanowił się chwilę i spojrzał na schody. - Na piętrze?
- Strych – szepnął przyjaciel. - Chodź.
Wspięli się po schodach na piętro. Na strych prowadziły stare drewniane stopnie. Josh zatrzymał się i pociągnął przyjaciela do najbliższych drzwi. Weszli do sypialni, z jednym łóżkiem i biurkiem. Łapa spojrzał na przyjaciela pytająco, ale ten przyłożył tylko palec do ust. Nasłuchiwali chwilę, na strychu słychać było kroki. Josh wyczarował kilka rzeczy, żeby sprawdzić, czy różdżka dziadka jest mu posłuszna.
- Skąd ją wziąłeś?
- Dziadek zawsze chowa ją do komody, co jakiś czas zmienia szufladę – odpowiedział chłopak i wrócił do nasłuchiwania. Teraz ciężkie kroki usłyszeli bliżej, Syriusz cicho jęknął, za co został skarcony przez przyjaciela. Właściciel kroków zszedł po schodach i zatrzasnął za sobą frontowe drzwi. Chłopcy powoli otworzyli drzwi i wyjrzeli. Klapa na strych była zamknięta.
- To stąd wiedziałeś, że ktoś jest na górze…
Weszli powoli na stopnie i Josh podniósł ciężką klapę. Na poddaszu było dość ciemno, przez zasłonięte okna, nie wpadało dużo światła. Josh wszedł pierwszy i delikatnie położył klapę, żeby nie trzasnęła.
- Coś mi tu nie gra – wyszeptał Syriusz. Chłopcy rozejrzeli się po strychu i Josh zauważył o co chodzi przyjacielowi. Dziadek z babcią siedzieli na małej kanapie i pili jakiś parujący napój. Spojrzeli na chłopców nieobecnym wzrokiem.
- Josh? - zapytał dziadek. Chłopak nie odezwał się i dalej gapił się na swoich dziadków.
- Coś jest nie tak? - odezwała się babcia.
- Nie tak?! - zdenerwował się Josh. - Może wy mi powiecie co tu jest grane?
Syriusz jęknął cicho i podbiegł do przyjaciela. Obaj spojrzeli na otwór w podłodze. Na schodach słychać było kroki.
- Czyli wy pomagaliście im w złapaniu mnie? - Josh był wściekły, nie rozumiał jak mogli mu zrobić coś takiego. Na lewej ręce dziadka czernił się Mroczny Znak.
- To nie tak jak myślisz – próbowała uratować sytuację babcia.
- Właśnie, że jest tak jak myśli, droga pani – do pomieszczenia weszło dwóch mężczyzn z obrzydliwymi uśmiechami. - Teraz pozwólcie z nami…
Josh wycelował w nich różdżkę i zaatakował. Śmierciożercy padli bez ruchu na podłogę, jeden wyleciał przez podłogę i spadł ze schodów. Chłopcy szybkim krokiem zeszli ze strychu. Josh zamknął klapę, nie dało się jej otworzyć od wewnątrz.
- Grr… Wychodzimy – Łapa pobiegł za nim, czuł się bezbronny bez różdżki. Kiedy otworzyli wejściowe drzwi do środka weszła duża grupa Śmierciożerców. Josh zaklął pod nosem i wystawił różdżkę do obrony. Ze strychu rozległo się wołanie i walenie w klapę.
- A mogliśmy teraz na nich spokojnie czekać w piwnicy… - Łapa był niepocieszony. W tym momencie coś huknęło na zewnątrz. Chłopcy zobaczyli kolejne postacie. Śmierciożercy też ich zobaczyli i odwrócili się w stronę drzwi. Na podwórku rozległy się nawoływania, ktoś krzyknął. Aurorzy wpadli do małego holu i zaatakowali. Josh i Syriusz przesunęli się w głąb domu, żeby nie wchodzić w drogę wybawcom.
- ODWRÓT! - krzyknął jeden z zamaskowanych i słudzy Voldemorta zaczęli się rozpływać w czarnej mgle. Przyjaciele wyjrzeli z salonu.
- Jeszcze dwaj byli na górze – szepnął Syriusz.
- Na strychu są też moi dziadkowie, mogą potrzebować pomocy.
Aurorzy przewieźli ich do szpitala Świętego Munga, gdzie zajęli się nimi uzdrowiciele. Chłopcy potrzebowali opieki całodobowej. Byli w bardzo złym stanie.



Jednak wyrobiłam się szybciej niż myślałam :) CZYTASZ = KOMENTUJESZ :D Do następnego ;*

~ MOONY

poniedziałek, 6 lipca 2015

Info na lipiec

Z powodu, iż wyjeżdżam na wakacje, kolejny rozdział dodam w sierpniu.
Niezapomnianych wakacji życzę 😘
~ Moony

poniedziałek, 22 czerwca 2015

Rozdział 8 ~ Moony

Opowiadanie 1. "Lucy Fox w świecie magii"
Autor - Moony
Korekta - Moony
Rozdział 8. "Dalej nic"


   W Hogwarcie plotka o tym, że Voldemort więzi Josha i Syriusza, nie rozprzestrzeniła się. Nie mogłam uwierzyć, że nikt o tym nie wie, bo zwykle po kilku godzinach wiedziała cała szkoła. Dyrektor też o niczym nie wspominał, kilku innych uczniów też nie przyjechało po świętach do szkoły, bo zachorowali.

   Co wieczór siadaliśmy przed kominkiem i czekaliśmy na wiadomość od mojego brata, ale nie dochodziły żadne listy na temat poszukiwań.

- Może napiszesz do Luck'a? - zapytała pewnego wieczoru Lily. Siedziała wtulona w Jamesa na fotelu.

- Luck powiedział, że da znać, jak ich uwolnią albo, kiedy będzie coś wiadomo na temat kryjówki Voldemorta - przypomniał jej Remus. Siedział obok mnie na kanapie, przez kilka ostatnich dni stał się jeszcze bardziej milczący niż zwykle. Miał też bardziej zmęczoną twarz i podkrążone oczy. Dziewczyna zmierzyła go wzrokiem, ale on nie odrywał spojrzenia od płomieni w kominku. Przypomniały mi się wszystkie spędzone przy tym kominku chwile. Jeszcze rok temu wygłupialiśmy się i śmialiśmy odrabiając tu lekcje. Zrobiło mi się nagle bardzo smutno. Dawniej Voldemort nie pokazywał się, siedział i obserwował, czasem dochodziły nas słuchy, że kogoś zabił, ale nie dawało się odczuć, że grozi nam jakieś większe niebezpieczeństwo.

   W nocy nie umiałam spać. Księżyc, chociaż nie było pełni, świecił mocno w okna naszego dormitorium. Słyszałam ciche chrapanie Ali i pomrukiwania Lily. Próbowałam o niczym nie myśleć, ale nie potrafiłam. Cały czas myślałam o rodzicach Josha, o Joshu i Syriuszu.

   Ok drugiej, ubrałam, trochę za dużą bluzę i buty, i zeszłam do pokoju wspólnego. Usiadłam na kanapie przed kominkiem i wpatrzyłam się w dogasający ogień. Za oknami słyszałam sowy i mocny wiatr. Zrobiło się już zimno, gdy poczułam, że ktoś siada obok mnie na kanapie. Odwróciłam wzrok od żaru i spojrzałam na Jamesa. Uśmiechnął się lekko.

- Nie możesz spać? - zapytał, a ja pokiwałam głową. Westchnął i spojrzał na dogasające drewno. Siedzieliśmy tak chwilę bez słowa. - Chcesz iść ze mną do kuchni? Zgłodniałem trochę.

- Teraz? A jak ktoś nas złapie?

- Nie ma szans - wyciągnął zza pleców delikatny materiał, pelerynę niewidkę. Zapomniałam o niej, dawno jej nie używaliśmy. - Wskakuj, tylko uważaj, bo mogą nam wystawać stopy.

   Wyszliśmy z wieży Gryffonów i skierowaliśmy się do lochów. Po drodze spotkaliśmy woźnego, stał do nas tyłem i zajmował się swoją kotką. W lochach było jeszcze ciemniej niż w innych częściach zamku. Przebiegliśmy ostatnie korytarze i stanęliśmy przed obrazem, który był wejściem do kuchni. Kiedy przejście się otworzyło przyjaciel wepchnął mnie do środka i szybko wskoczył za mną.

- Słyszałem, jak ktoś tu szedł - powiedział, uśmiechnął się przepraszająco i pomógł mi wstać. Pomieszczenie było duże, większe od Wielkiej Sali. Na środku stało pięć stołów, dokładnie tak samo, jak w Wielkiej Sali piętro wyżej. James szukał jedzenia w szafkach. Postanowiłam mu pomóc, zajrzałam do jednej z szafek. Nie było tam nic ciekawego. W kilku kolejnych były talerze, garnki i inne naczynia.

- Znalazłem spiżarnie! - usłyszałam głos chłopaka z drugiej strony pomieszczenia. Stał w otwartych drzwiach i uśmiechał się zachęcająco. Podbiegłam do niego i rozejrzałam się po pomieszczeniu. Było mniejsze od kuchni, stały tam wysokie regały zastawione jedzeniem.

- Nieźle.

- Raj dla każdego żarłoka - podsumowałam. Weszliśmy głębiej, sięgaliśmy po nasze ulubione smakołyki i szliśmy dalej. Po jakimś czasie miałam całkowicie zajęte ręce, James też zabrał mnóstwo jedzenia. Usiedliśmy przy stole, odpowiadającym naszemu, na górze.

- Mam nadzieję, że Skrzaty się nie zorientują, że zabraliśmy to jedzenie - odezwał się James, zajadał się właśnie udkiem z kurczaka. - Miło, że w spiżarni wszystko jest świeże i gotowe do jedzenia.

- Tylko po co im tyle garnków? - wzruszył ramionami.

- Każdy ma swoje dziwactwa - odpowiedział po chwili. Dokończyliśmy jeść i posprzątaliśmy po sobie. - Z chwilę po korytarzach zaczną łazić nauczyciele. Musimy iść - zegar na ścinie wskazywał za pięć piątą. Spojrzeliśmy na mapę. Na naszej drodze nikogo nie było. Szybko wydostaliśmy się z lochów. Prawie zderzyliśmy się z Irytkiem, wyminęliśmy profesor McGonagall i utknęliśmy na obracających się schodach. Kiedy dotarliśmy do wieży było już sporo po piątej, za dwie godziny miało być śniadanie. Pożegnaliśmy się i wróciliśmy do naszych dormitoriów. Dziewczyny jeszcze mocno spały, kiedy położyłam głowę na poduszce od razu zasnęłam.

   Rano, obudziłam się ostatnia.

- Jak się spało, śpiochu? - przywitała mnie Alison, kiedy zobaczyła, że nie śpię.

- Spałam dzisiaj tylko dwie godziny – odpowiedziałam i wygrzebałam ubranie z kufra. Poszłam do łazienki, żeby doprowadzić się do porządku, kiedy wyszłam opowiedziałam dziewczynom co robiłam w nocy. Kiedy wspomniałam , że poszliśmy z Jamesem do kuchni, Lily zmierzyła mnie podejrzliwym wzrokiem.

- Co robiliście? - zapytała.

- Jedliśmy – odpowiedziałam zdziwiona.

- Tylko? - dopytywała, przytaknęłam. - Jeszcze jego zapytam. 

- Powie Ci to samo co ja – zapewniłam ją.

   Mimo, iż w nocy zjadłam naprawdę dużo, byłam bardzo głodna. James śmiał się ze mnie, sam zjadł niewiele. Lily upewniła się, że nasze wersje zdarzeń są zgodne ze sobą i nie wracaliśmy do tematu nocnej wizyty w kuchni.
Lekcje były nudne, na eliksirach tylko Lily się starała. Przed obiadem mieliśmy długą przerwę, poszliśmy do chatki Hagrida.
- Czego chcecie? - zapytał niezadowolony, ale pozwolił nam wejść. - Od razu mówię, nie wiem nic na temat waszych przyjaciół.
- Chcieliśmy tylko Cię odwiedzić i napić się herbatki – zapewniła go Ali, popatrzył na nas podejrzliwie i nastawił wodę na herbatę. Siedzieliśmy cicho i rozglądaliśmy się po izbie. Pod sufitem wisiały zioła, niektóre były tak suche, że spadały na stół.
- Dumbledore nic nie mówi – odezwał się Hagrid, kiedy stawiał kubki na stół. - Wiem tylko, że planują atak z zaskoczenia, ale myślę, że Voldemort jest przygotowany na każdą możliwość.
- Jestem ciekaw, czego on chce – powiedział James. -
Bardzo mu zależy, żeby to dostać.
- Kim jest ojciec Josh'a? - zapytał mnie Remus. Wzruszyłam ramionami, nigdy mi nie mówił. - Musi być kimś ważnym.
- Równie dobrze może chodzić o matkę – odezwała się Lily. - Teraz i tak niczego się nie dowiemy. Chodźmy już, zaraz obiad.
   Przyszliśmy jako jedni z ostatnich. Zajęliśmy wolne miejsce i czekaliśmy na posiłek. Po obiedzie poszliśmy na zaklęcia, później na obronę przed czarną magią. Nic szczególnego się nie działo. Huncwoci, żeby nie wzbudzać niczyich podejrzeń zrobili kilka kawałów i podokuczali Severusowi Snape'owi.
 

~ MOONY

poniedziałek, 15 czerwca 2015

UWAGA!! GROZI USZCZERBKIEM NA ZDROWIU PSYCHICZNYM!!

Jedna z moich koleżanek ze szkoły, napisała, pewną rzecz. Kiedy ją przeczytałam musiałam się głęboko zastanowić, czy aby na pewno, chcę się z nią dalej przyjaźnić... :) Jak pisałam w tytule grozi uszczerbkiem na zdrowiu. Miłego czytania życzę.  

   
Po cichu zakradam się do twojego pokoju. Dyskretnie staję przy szafie, aby moc cie jeszcze obserwować. Chłonę każdy ruch twojego ciała. Powoli systematycznie opadająca klatka piersiowa przez moment przyspiesza. Uroczo marszczysz swój nosek i zmieniasz pozycje. Twoja twarz jest teraz skierowana ku mojej. Oddech się uspokoił. Niebezpieczeństwo w twoim śnie minęło. Światło księżyca wpada do pokoju i naświetla twoje delikatne rysy twarzy. Taka piękna. Taka niewinna. Taka… żywa. Podchodzę do łózka. Zbliżam swoja twarz do twojej. Uśmiecham się czując twój słodki zapach. Zerkam na zegarek. Już czas. Szybkim ruchem przegryzam struny głosowe, żebyś nie zdążyła pisnąć. Przez krotka chwile,obserwuje wypływająca krew. Taka apetyczna... Twoje pełne przerażenia spojrzenie napawa mnie radością. Wiem, ze nie zostało wiele czasu, a pragnę żebyś wszystko widziała. Podciągam twoja koszule i robię nacięcie od mostka do dolnej części brzucha. Delikatnie odciągam skore. Pochylam się. Cieple opary wydostają się prosto na moja twarz. Cóż za aromat. Wkładam dłonie w twoje wnętrzności i chwile bawię się nimi niczym dziecko. Jesteś zbyt sparaliżowana, by móc cokolwiek zrobić. Bawi mnie twoja bezbronność. Sięgam dłonią głębiej, aż trafiam na najważniejszy mięsień w ciele człowieka. Wciąż delikatnie pulsuje. Czas na finał. Gwtownym ruchem wgryzam się w twoje serce, jednocześnie obserwując twoja twarz. Widok twoich gasnących oczu przyprawia mnie o dreszcze. Gęsta krew spływa po mojej twarzy. Delikatnie, zmysłowymi ruchami wmasowuje ja w ciało. Zanim zabiorę się do posiłku nachylam się do twojej twarzy i szepcze po raz ostatni "Śpij dobrze kochanie. Mamusia jest przy tobie".


Gratuluję jeśli dotrwałeś/łaś do końca. Do następnego rozdziału.

~ Moony

czwartek, 28 maja 2015

Rozdział 7. ~ Moony

Opowiadanie 1. "Lucy Fox w świecie magii"
Autor ~ Moony
Korekta ~ Moony

Rozdział 7. "Święty Mung" 

   Siedziałam na krześle obok łóżka mamy Josh'a. Luck zabrał mnie ze sobą do Szpitala Świętego Munga, żebym mogła porozmawiać z rodzicami mojego przyjaciela. Oboje jeszcze spali, bo było bardzo wcześnie rano. Ustaliłyśmy z Alison, że to ja pojadę z moim bratem, ona została z moją mamą w domu i czeka na wiadomości.
   Kobieta na łóżku była chuda i blada. Miała podkrążone oczy. Josh i jego świętej pamięci brat odziedziczyli po niej całą urodę. Miała gęste czarne włosy, teraz poniszczone, sięgały jej do ramion. Miała bardzo wyraźne rysy twarzy. Na łóżku obok leżał jej mąż, miał brązowe krótkie włosy i okrągłą twarz, mimo niewoli u Voldemorta, nie wyglądał na wymizerowanego.
- Idę po wodę - odezwał się mój brat. - Idziesz ze mną?
Spojrzałam na śpiących, nic nie wskazywało na to, że szybko się obudzą. Wyszliśmy z Luck'iem z sali i poszliśmy na najwyższe piętro szpitala. Znajdowała się tu mała kawiarenka. Usiadłam przy stoliku w najdalszym kącie kawiarni, a Luck poszedł po wodę. Przy stoliku koło okna siedział mężczyzna i pocieszał jakąś kobietę, prawdopodobnie żonę. W centralnej części sali przykuł moją uwagę mały chłopiec z rudą czupryną, który siedział ze swoimi opiekunami i dziewczynką, Chłopiec cały czas dokuczał małej, a dorośli nie reagowali.
- Wszytko ok? - zapytał Luck, kiedy siadał przy naszym stoliku. Postawił przede mną butelkę wody.
- Dzięki - odpowiedziałam i uśmiechnęłam się lekko, żeby potwierdzić, że wszystko w porządku. Siedzieliśmy dłuższy czas bez słowa. Mężczyzna siedzący przy stoliku obok nas, starał się ukryć fakt, że płacze, przed nim na stole, leżała książka. Była otwarta na stronie tytułowej, pod tytułem była odręczna notatka. Nie potrafiłam jej przeczytać, ale musiało to być jakieś pożegnanie bo czarodziej wpatrywał się w nią i po policzkach płynęły mu wielkie łzy.
- Jest czas obiadu, pewnie już nie śpią - odezwał się Luck i wstał. Poszłam za nim, z nietkniętą butelką wody w dłoni. W sali pachniało szpitalnym jedzeniem. Rodzice mojego przyjaciela siedzieli na łóżkach i w ciszy spożywali posiłek, kiedy weszliśmy podnieśli na nas wzrok. Mieli zmęczone i wystraszone spojrzenie, obydwoje mieli niebieskie oczy.
- Dzień dobry - powiedział Luck, potem ja się przywitałam.
- Nazywam się Luck Fox, a to jest moja siostra, Lucy - małżeństwo popatrzyło na mnie.
- Josh często o tobie opowiadał - powiedział mężczyzna. Miał donośny przyjemny głos. Jego żona przytaknęła mu.
- Czy pamiętacie co się przydarzyło, tamtej nocy? - zapytał Luck, był bardzo poważny.
- Erick obronił mnie przed zabójczym zaklęciem - powiedziała matka chłopaków. - Josh był na górze, kiedy Śmierciozercy ciągnęli nas przez las widziałam, że siedział na jednym z pobliskich drzew. Modliłam się, żeby nie atakował wroga, on był sam, ich było wielu.
- Czy oprawcy wyrwali wam włosy? Albo pobrali od was próbkę do stworzenia eliksiru?
- Nie wiemy.
- Nie musieli nam nic wyrywać, wystarczy, że ciągnęli nas po lesie, wtedy mogły im zostać nasze włosy w dłoniach... - powiedział smutny ojciec. Popatrzyłam na nich współczująco. Nie miałam serca mówić im, że Josh jest więziony, na szczęście mój brat nic im nie powiedział, a na pytanie, czemu ich syn nie przyszedł, powiedziałam, że ma zaległości i nie mógł przyjść, ale na pewno, kiedy tylko na chwilę znajdzie czas, to do nich zajrzy.

Krótki, o to mi chodziło... Tego nawet nie można nazwać rozdziałem, ale co tam :D

Pozdrawiam Moony ;)










piątek, 15 maja 2015

Rozdział 6 ~ Moony

No to mamy kolejny rozdział, zapraszam do czytania. :)


Opowiadanie 1. "Lucy Fox w świecie magii"
Autor ~ Moony
Korekta ~ Moony

Rozdział 6. "To pułapka!"

    Kiedy stanęliśmy na podjeździe pod domem, zaczął padać śnieg. Był bardzo gęsty. W drzwiach stanęła mama. Włosy miała dłuższe niż ostatnim razem, kiedy ją widziałam. Przywitała nas radośnie. Już od progu można było się domyślić co przygotowała na obiad. Wyczułam lazanie z ziemniaków i zupę ogórkową.
- Pójdę się przebrać – powiedziałam i poszłam na górę, do swojego pokoju. Na ścianach wisiały zdjęcia, które zrobiłam razem ze swoimi przyjaciółmi. Popatrzyłam na jedno z nich. Staliśmy tam wszyscy: Ali, bliźniacy i ja. Było to zdjęcie z piątej klasy, czyli ostatniej, w której był z nami Eric. Fotografia została zrobiona na błoniach, w tle widać Zakazany Las. W oczach pojawiły się łzy. Poczułam, że muszę odnaleźć tego, kto zabił mojego przyjaciela. Teraz wiedziałam, jak czuł się Josh.
    Przebrałam się w spodnie z dresu i trochę za dużą bluzę, którą dostałam od dziadków dwa lata temu. Rodzice i Ali siedzieli już przy stole. Mama właśnie nalewała zupę do mojego talerza. Ściągnęła fartuszek, w którym nas przywitała. Miała na sobie zielony świąteczny sweter i sztruksowe spodnie.
- Jak w szkole, dziewczynki? - zapytał tata. Wymieniłyśmy z Alison spojrzenia. Nie wiedziałam czy mogę im powiedzieć co się dzieje. Nie miałam pojęcia, czy Luck ich informował, ale chyba coś mówił, skoro zakazali mi o tym mówić.
- Josh pojechał na święta do swoich dziadków – powiedziałam wreszcie.
- Mówiłaś, że zaginął – zdziwiła się mama. Przełknęłam gorącą zupę. Wydawało mi się, że ich informowałam.
- Z tych nerwów, zapomniałam wam wysłać list – odpowiedziałam lekko speszona.
- Może i lepiej, że nie pisałaś – odpowiedział tata. - Nie wiadomo, czy ktoś nie przechwytuje sów i nie czyta prywatnej korespondencji.
- A to nie jest zabronione? To jest naruszanie prawa – odezwała się moja przyjaciółka. Ojciec oderwał na chwilę od talerza z zupą i popatrzył na Ali i na mnie.
- Na dzień dzisiejszy nikt nie patrzy, jakie prawa panują na świecie. Prawa Człowieka są łamane – westchnął i wrócił do jedzenia. Do końca posiłku panowała cisza.
    Kiedy po obiedzie poszłyśmy z Ali do mojego pokoju, na parapecie siedziała biała sowa. Wpuściłam ją do środka. Do nóżki miała przyczepiony kawałek papieru. Kiedy odwiązałam pergamin ptak odleciał.
- Od Josha? - zapytała Alison. Miałam nadzieję, że to od Josha, kiedy spojrzałam na tekst, poznałam zamaszyste pismo Syriusza.

Jesteśmy na miejscu. Nie wiem czy rodzice Josha zawsze są tacy dziwni, ale cały czas mi się przyglądają. Jego potraktowali dość oschle, kiedy zapytał jak udało im się uciec. Nawet moi okazali by trochę serca i mnie przytulili… On mówi, że wszystko jest w porządku. Jego dziadkowie są spoko. Jakby coś było nie tak poinformuję was. 


Wasz wspaniały Łapa 

    Popatrzyłam na Ali. Ona wpatrywała się w treść listu.
- Nawet go nie przytulili?! - powiedziała z niezadowoleniem. Położyłam pergamin na biurku. Nie chciało mi się wierzyć, żeby rodzicie tak się zachowywali, po porwaniu przez Śmierciożerców. Moi na pewno nie pojechaliby do dziadków, nie wysłali by do mnie listu. Nie dali by znaku życia, żeby mnie nie narażać.
- Nie wiem, czy Josh dobrze zrobił, że pojechał na święta do dziadków. Boję się o niego.
- Myślisz, że powinniśmy kogoś poinformować? - moja przyjaciółka usiadła na moim łóżku i wpatrywała się w zdjęcie z piątej klasy, w to samo co wcześniej ja. Kiedy siedziałyśmy w ciszy i zastanawiałyśmy się co robić. Usłyszałam, że ktoś puka do drzwi wejściowych.
- Lucy! - wołał ktoś z dołu. - Mam dobre wieści!
- Luck! - zawołałam, kiedy zeszłam na dół, za mną zeszła Alison. Mój brat miał rękę na temblaku i podbite oko, ale był rozpromieniony i zadowolony.
- Wczoraj pozwolili mi iść na poszukiwania rodziców Twojego kolegi, bo mieli trop. Okazało się, że był dobry. Voldemort gdzieś się ukrył i nie było go na miejscu więc szybko poszło. Musieliśmy się przebić przez wielu Śmierciożerców – pokazał na swoje oko i na rękę i kontynuował. - Kiedy już ich pokonaliśmy udało nam się uwolnić tych niewinnych ludzi. Zabraliśmy ich do Ministerstwa, a potem zabrali ich do Świętego Munga. Czemu masz taką minę? - zaniepokoił się Luck. Niestety nie mogłam mu odpowiedzieć, bo straciłam przytomność.
    Przed oczami stanął mi Josh, był przerażony. Miał zaklejone usta i był związany. Siedział w jakimś ciemnym pomieszczeniu. Kolejny obraz jaki się pojawił to zakneblowany Syriusz. Widziałam jak się szamotał. Jego twarz była mokra od potu. Potem zobaczyłam, że moi przyjaciele razem siedzą w ciemnym pomieszczeniu.
    Kiedy otworzyłam oczy, wokół mnie panowała ciemność. Kiedy się rozejrzałam poznałam mój pokój. Zegarek na szafeczce nocnej pokazywał trzecią w nocy. Musiała zemdleć i do tej pory się nie obudziłam. Obok mojego łóżka na materacu spała Alison. Nie wiem, kiedy ponownie udało mi się zasnąć, ale cały czas śniły mi się koszmary.


    Chłopak, obudził się z dziwnego snu. Strasznie bolała, go głowa. Nie mógł poruszyć rękami. Dopiero, kiedy doszedł do siebie i na chwilę udało mu się powstrzymać zawroty głowy, zobaczył gdzie jest. Był przywiązany do krzesła, które ktoś postawił w piwnicy jego dziadków. Nie potrafił sobie nic przypomnieć. Próbował się uwolnić z więzów, ale były mocno zawiązane.
- Już próbowałem, koleś co je wiązał, zna się na węzłach – powiedział ktoś za nim.
- Łapa? - zdziwił się chłopak. Próbował się odwrócić, ale nie zobaczył twarzy przyjaciela, tylko potargane czarne włosy.
- A myślisz, że kto inny? - zaśmiał się Syriusz. - Mamy szczęście, że nas nie zabili. Ah… Lucy miała przeczucie.
- Taa… Trzeba jej było posłuchać… - westchnął i wbił wzrok w ścianę. - Co się właściwie stało?
- Co pamiętasz? - odpowiedział pytaniem Łapa. Josh zastanowił się chwilę.
- Dworzec, mojego ojca. Kazał nam iść do samochodu, był jakiś inny niż zawsze, ale myślałem, że to z nerwów, że ktoś nas zobaczy. Remus, jakiś czas temu poszedł ze swoim ojcem. Kiedy przyjechaliśmy do domu, napisałeś do Lucy. Dziadkowie dali nam jeść, potem… - chłopak zamilkł. - Nie pamiętam co działo się po posiłku… Moja głowa!
- Kiedy szliśmy do sypialni, w której mieliśmy spać, twoja matka walnęła Cię w głowę, ale widziałem, że już nie za bardzo przypomina Twoją mamę. Potem walnęli mnie, ale nie tak mocno, jak ciebie.
- Ile byłem nieprzytomny?
- Nie wiem, która teraz jest godzina, ale podejrzewam, że kilka godzin. A teraz myśl jak się stąd wydostać… - potem dodał. - Fajnie by było gdyby znaleźli Twoich prawdziwych rodziców…
- Nawet nie wiesz jak bardzo tego chcę… - Josh miał ogromną nadzieję, że gdy rodzice zostaną uratowani, ktoś szybko zorientuje się, że Syriusz i on są w niebezpieczeństwie.
    Kiedy przez niewielkie okienka, do pomieszczenia zaczęło wpadać poranne światło, chłopcy usłyszeli, że ktoś schodzi do nich po schodach. Mężczyzna miał na sobie czarną szatę, na głowę narzucony kaptur i maskę Śmierciożercy na twarzy. Stanął przed Joshem i chwilę mu się przyglądał. Potem podszedł do Syriusza.
- Nadawałbyś się – odezwał się oschle Śmierciożerca. Josh zdał sobie sprawę, że już kiedyś słyszał ten głos, ale nie wiedział kiedy i nie potrafił sobie przypomnieć do kogo należał.
- Odwal się, śmierdzielu – warknął Łapa. Sługa Voldemorta zaśmiał się i uderzył chłopaka w twarz.

- Zadziorny, ale już za niedługo nie będziesz taki cwany – po tych słowach zostawił przyjaciół samych. Josh słyszał, jak Syriusz klenie pod nosem. 
- Cholerni Śmierciożercy! - Łapa był bardzo zły. - Josh, wysil się i pomóż mi wymyślić, jak się stąd wydostać...!


Dajcie znać czy się podobało. 
KOMENTOWANIE MOTYWUJE! :D
Do następnego rozdziału.


~ Moony

sobota, 9 maja 2015

Rozdział 5 ~ Moony

Opowiadanie 1. "Lucy Fox w świecie magii"
Autor ~ Moony
Korekta ~ Moony

Rozdział 5. "Wszystko idzie nie tak!"


    Josh siedział nad pustym talerzem i nic nie mówił. Od tygodnia znowu chodził z nami na lekcje, ale widziałam, że na nich nie uważa. Był na mnie zły, że powiedziałam nauczycielom co się stało. Profesorowie sami postanowili zająć się sprawą, poinformowali też Ministerstwo. Prawie codziennie dostaję list od mojego brata. Rodzice zakazali mu cokolwiek mi mówić, ale on ich nie słucha. "Jestem dorosły i czuję, że masz prawo wiedzieć, co się dzieje" napisał w jednym z listów.
 
   Poczułam, że ktoś mnie szturcha. Rozejrzałam się, do Wielkiej Sali właśnie wleciały sowy z pocztą. Wypatrywałam sowy mojego brata. Nadleciała, list upuściła na mój talerz i usiadła mi na ramieniu. Otworzyłam kopertę i przeczytałam:


Wszystko idzie nie tak! Wykluczyli mnie! Powiedzieli, że za bardzo się angażuję w tą sprawę. Teraz muszę siedzieć w biurze. Nie wiem co zrobię, ale coś wymyślę, żeby mnie zabrali na poszukiwania. Mam nadzieję, że u was wszystko dobrze. Puki w szkole jest Dumbledore nic wam nie grozi. Pozdrów przyjaciół. Do zobaczenia. Kocham Cię.
 
Luck

  Zmartwiłam się. Luck był jedynym źródłem informacji. Remus zauważył, że coś jest nie tak i wyjął mi list z ręki. Kiedy przeczytał, włożył go do kieszeni spodni. Dobrze zrobił, nie chciałam martwić przyjaciół. Popatrzyłam na moich towarzyszy. Mieli ponure miny. Nawet Rogacz i Łapa, co nie jest często spotykane.
- Zjedz coś - powiedziała Lily i podała Josh'owi chleb. Chłopak popatrzył na nią nieprzytomnie i pokręcił głową. Chcieliśmy aby nabrał ciała, bo był strasznie chudy.
- Musisz coś jeść - powiedział mu Glizdogon. - Jeśli nie będziesz jadł, nie pokonasz Czarnego Pana.
- Peter, Czarnego Pana? - zdziwił się Łapa. Młodzieniec wystraszył się i szybko powiedział:
- Tak jakoś mi się powiedziało.
- Lepiej, żeby Ci się już przypadkiem nie mówiło - powiedział ze spokojem Remus. - Voldemort jest wrogiem, a nie panem.
    Po śniadaniu poszliśmy do Pokoju Wspólnego. Mieliśmy dzisiaj na później. Huncwoci wygonili jakieś młodsze dzieciaki z kanapy przy kominku i usiedliśmy. Josh nie odzywał się. Przyglądałam mu się, ale nie patrzył na mnie. Był obrażony.
- Nie lubię bezczynnie siedzieć... - odezwał się Łapa. - A poza tym mina Josha zaczyna mnie dołować.
- Sorry... - mruknął Josh. - Gdybyście nie mówili nic profesorom, już bym ich dorwał.
- To po co tu przychodziłeś? - zapytałam. Nie wiedziałam, dlaczego miał do mnie pretensje. Chciałam mu pomóc.
- Chciałem Ci powiedzieć. Myślałem, że należy Ci się jakieś wyjaśnienie - powiedział cicho chłopak. - Potem chciałem iść i odszukać moich rodziców.
- Sam? - James wydał się rozbawiony. - Sam pokonać Śmierciożerców? A potem Tego - Którego - Imienia - Nie - Wolno - Wymawiać?!
- Chcę tylko uratować rodziców - odpowiedział Josh. - I może kiedyś pomścić brata.
    W Pokoju było cicho, w kominku palił się ogień. Było przyjemnie ciepło. Za oknem zaczął padać śnieg. Nie mieliśmy ochoty rozmawiać, każdy pogrążył się w swoich myślach. Zaczęłam wspominać pierwsze lata w Hogwarcie. Jak poznałam bliźniaków i Alison. Pierwsze kawały Huncwotów. Wszystkie te lata były beztroskie i przyjemne.
- Hej, wy! - krzyknął do nas jakiś chłopak. - Czy wy wiecie, która jest godzina?! Zaraz zacznie się lekcja!
- Nie drzyj się chłopie - powiedziała Lily. Wzięliśmy swoje plecaki i poszliśmy na lekcję transmutacji. Josh był na tych lekcjach trochę bardziej skupiony niż na innych. Usiedliśmy na końcu klasy niedaleko siebie. Josh siedział sam (zawsze siedział ze swoim bratem). Pani profesor zaczęła lekcję. Nie byłam skupiona. Parę razy udało mi się zmienić moją sowę w kielich, ale nie o to chodziło na tej lekcji.
- Josh - zatrzymała nas McGonagall, kiedy wychodziliśmy z klasy, po lekcji. - Zapraszam  Cię dzisiaj. Poćwiczymy twoje przemiany.
- Dziękuję pani profesor, ale nie przyjdę - odpowiedział chłopak. - Te lekcje to była przyjemność i wspaniała zabawa, ale bez Eric'a to nie będzie to samo. Nie umiem się skupić więc to nie wyjdzie.
- Rozumiem, ale musisz ćwiczyć, żeby nie wyjść z wprawy.
- Może innym razem, proszę pani - Josh uśmiechnął się smutno i poszliśmy na obiad.
   Josh zjadł niewielką porcję. Uśmiechnęłam się w duchu, bo to znaczyło, że zaczyna odzyskiwać pewność siebie. Po obiedzie były eliksiry. "Wspaniale panno Evans!" "Snape świetna robota!" co jakiś czas mówił profesor Slughorn. Lily pomagała Jamesowi, ale jego profesor nie chwalił. Widziałam, że Josh stara się skupić i stworzyć dobry eliksir. 
   Po eliksirach poszliśmy na Obronę Przed Czarną Magią. Byłam w parze z Joshem. Parę razy udało mi się go pokonać, ale nadal był lepszy ode mnie, mimo tego, że cały czas był zamyślony.
- Miło patrzeć, jak odzyskujesz apetyt - powiedział Remus, pewnego wieczoru podczas kolacji, kiedy Josh zjadł dużą porcję i nakładał sobie więcej. Chłopak lekko się uśmiechnął. Jego skóra nabrała naturalny kolor. Na twarzy miał rumieńce.
- Dostałem, dzisiaj rano, list od ojca - powiedział Josh. - Napisał, że jest u moich dziadków, razem z mamą.
- Udało im się uciec? - James zakrztusił się sokiem z dyni. Josh wzruszył ramionami.
- Nie wiem, dlatego święta planuję spędzić u dziadków.
- Mogę jechać z tobą? - zapytał Syriusz. Nie lubił wracać do domu. Święta spędzał w szkole albo z James'em u jego rodziców.
- Chciałem załatwić to sam, ale jeśli chcesz jechać ze mną. Miło mi będzie, jak ktoś z moich przyjaciół tam ze mną będzie.
- To super - ucieszył się Łapa. - Rogaczu, niestety w tym roku nie będę Ci towarzyszył.
- Nie martw się, będę miał towarzystwo - James spojrzał na Lily i pocałował ją w policzek.
   Tydzień przed świętami był zadziwiająco spokojny. Profesorowie trochę odpuścili, ale nadal byli wymagający. Kiedy wreszcie nadszedł dzień wyjazdu do domu, wszyscy byli szczęśliwi, nawet Josh.
- A jeśli to jest pułapka? - powiedział Syriusz, kiedy jechaliśmy na stację.
- Boisz się ze mną jechać? - zapytał Josh. Łapa wzruszył ramionami. Włożył rękę do kieszeni i odetchnął. Rogacz mrugnął do niego.
- Jakby coś było nie tak - odezwała się Ali. - W tym roku spędzam święta z Lucy.
- Czyli jesteśmy w jednym domu po dwie osoby - podsumowała Lily. - To dobrze, nikt nie zostanie pominięty.
- Ja jestem sam - stwierdził Peter. - Remus też będzie sam.
- Lepiej żebym z nikim nie spędzał świąt... - powiedział Remus. Siedział skulony. - W święta wypada pełnia. Nie będę wam mógł pomóc.
- Mów ciszej - upomniał go Rogacz. Uczniowie przed nami odwrócili się i patrzyli na nas podejrzliwie. - Chyba, że chcesz żeby każdy dowiedział się o twoim futerkowym problemie.
   W pociągu znaleźliśmy wolny przedział i całą drogę planowaliśmy co zrobimy, gdy list od ojca Josha okaże się pułapką.
- Dobrze, że nabrałeś sił, Josh - powiedziałam. - Jestem trochę spokojniejsza.
- Nie martw się, Lucy. Nic mi nie będzie - odpowiedział. Uśmiechał się. - A tak poza tym, przepraszam za moje zachowanie. Nie powinienem był Cię tak traktować.
- Nie masz za co przepraszać - odpowiedziałam. Uśmiechnął się jeszcze szerzej. Wyciągnął do mnie ręce. Przytuliłam go. Miał mocny uścisk. Walka wręcz nie powinna być dla niego trudnością, ale czarodzieje wolą używać czarów... [;_;]
   Na peronie czekał na mnie ojciec. Ucieszyłam się na jego widok. Nidzie nie widziałam mojego brata, podobno został wezwany do Ministerstwa.
- Jeśli będzie coś nie tak - powiedziałam do Josh'a. - Masz do nas napisać.
- Obiecuję - odpowiedział mój przyjaciel.
- Jeśli nie będzie chciał pisać - odezwała się Alison. - Łapa nas poinformuje.
- Nawet jeśli będzie mi groził - obiecał Syriusz. Wiedziałam, że mogę mu ufać. Jeśli chodziło o bezpieczeństwo przyjaciela, robił wszystko alby go uratować.
   Nie mogliśmy doczekać się na kogoś od Josh'a. Zaczęłam się denerwować. Peter, James i Lily już dawno pojechali. Uparłam się, że zaczekamy aż ktoś odbierze Josha.
- Lucy, mama czeka na nas w domu z posiłkiem - powiedział tata.
- To nie ma sensu, nie czekajcie - powiedział Josh. - Dam znać, jak będziemy w domu.
- Lucy - odezwał się Remus. - Zaczekam tu z nimi. Po mnie też nikt jeszcze nie przyjechał.
- Ale ty nie jesteś w takiej sytuacji, jak on! - powiedziałam to trochę głośniej niż chciałam. Remus podszedł do mnie i przytulił. Trochę się rozluźniłam, ale on niezbyt pomoże chłopakom. Ledwo trzymał równowagę, był blady, miał ciemne wory pod oczami.
- Teraz nic im się nie stanie - zauważyła Ali. - Nie zaatakują w pobliżu mugoli. Na razie im się nie przydamy.
   W końcu dałam się namówić. Bałam się o przyjaciół. Bałam się, że już nigdy ich nie zobaczę...

~ Moony