czwartek, 28 maja 2015

Rozdział 7. ~ Moony

Opowiadanie 1. "Lucy Fox w świecie magii"
Autor ~ Moony
Korekta ~ Moony

Rozdział 7. "Święty Mung" 

   Siedziałam na krześle obok łóżka mamy Josh'a. Luck zabrał mnie ze sobą do Szpitala Świętego Munga, żebym mogła porozmawiać z rodzicami mojego przyjaciela. Oboje jeszcze spali, bo było bardzo wcześnie rano. Ustaliłyśmy z Alison, że to ja pojadę z moim bratem, ona została z moją mamą w domu i czeka na wiadomości.
   Kobieta na łóżku była chuda i blada. Miała podkrążone oczy. Josh i jego świętej pamięci brat odziedziczyli po niej całą urodę. Miała gęste czarne włosy, teraz poniszczone, sięgały jej do ramion. Miała bardzo wyraźne rysy twarzy. Na łóżku obok leżał jej mąż, miał brązowe krótkie włosy i okrągłą twarz, mimo niewoli u Voldemorta, nie wyglądał na wymizerowanego.
- Idę po wodę - odezwał się mój brat. - Idziesz ze mną?
Spojrzałam na śpiących, nic nie wskazywało na to, że szybko się obudzą. Wyszliśmy z Luck'iem z sali i poszliśmy na najwyższe piętro szpitala. Znajdowała się tu mała kawiarenka. Usiadłam przy stoliku w najdalszym kącie kawiarni, a Luck poszedł po wodę. Przy stoliku koło okna siedział mężczyzna i pocieszał jakąś kobietę, prawdopodobnie żonę. W centralnej części sali przykuł moją uwagę mały chłopiec z rudą czupryną, który siedział ze swoimi opiekunami i dziewczynką, Chłopiec cały czas dokuczał małej, a dorośli nie reagowali.
- Wszytko ok? - zapytał Luck, kiedy siadał przy naszym stoliku. Postawił przede mną butelkę wody.
- Dzięki - odpowiedziałam i uśmiechnęłam się lekko, żeby potwierdzić, że wszystko w porządku. Siedzieliśmy dłuższy czas bez słowa. Mężczyzna siedzący przy stoliku obok nas, starał się ukryć fakt, że płacze, przed nim na stole, leżała książka. Była otwarta na stronie tytułowej, pod tytułem była odręczna notatka. Nie potrafiłam jej przeczytać, ale musiało to być jakieś pożegnanie bo czarodziej wpatrywał się w nią i po policzkach płynęły mu wielkie łzy.
- Jest czas obiadu, pewnie już nie śpią - odezwał się Luck i wstał. Poszłam za nim, z nietkniętą butelką wody w dłoni. W sali pachniało szpitalnym jedzeniem. Rodzice mojego przyjaciela siedzieli na łóżkach i w ciszy spożywali posiłek, kiedy weszliśmy podnieśli na nas wzrok. Mieli zmęczone i wystraszone spojrzenie, obydwoje mieli niebieskie oczy.
- Dzień dobry - powiedział Luck, potem ja się przywitałam.
- Nazywam się Luck Fox, a to jest moja siostra, Lucy - małżeństwo popatrzyło na mnie.
- Josh często o tobie opowiadał - powiedział mężczyzna. Miał donośny przyjemny głos. Jego żona przytaknęła mu.
- Czy pamiętacie co się przydarzyło, tamtej nocy? - zapytał Luck, był bardzo poważny.
- Erick obronił mnie przed zabójczym zaklęciem - powiedziała matka chłopaków. - Josh był na górze, kiedy Śmierciozercy ciągnęli nas przez las widziałam, że siedział na jednym z pobliskich drzew. Modliłam się, żeby nie atakował wroga, on był sam, ich było wielu.
- Czy oprawcy wyrwali wam włosy? Albo pobrali od was próbkę do stworzenia eliksiru?
- Nie wiemy.
- Nie musieli nam nic wyrywać, wystarczy, że ciągnęli nas po lesie, wtedy mogły im zostać nasze włosy w dłoniach... - powiedział smutny ojciec. Popatrzyłam na nich współczująco. Nie miałam serca mówić im, że Josh jest więziony, na szczęście mój brat nic im nie powiedział, a na pytanie, czemu ich syn nie przyszedł, powiedziałam, że ma zaległości i nie mógł przyjść, ale na pewno, kiedy tylko na chwilę znajdzie czas, to do nich zajrzy.

Krótki, o to mi chodziło... Tego nawet nie można nazwać rozdziałem, ale co tam :D

Pozdrawiam Moony ;)










Brak komentarzy:

Prześlij komentarz